Zemsta niszczy, choć na słodko – „Hrabia Monte Christo”

Edmunda Dantesa i Fernanda Mondego, pracowitego chłopaka z niezbyt zamożnej rodziny i syna hrabiego łączy szorstka przyjaźń. U jej podstaw leży jednak rywalizacja. Kiedy Edmundowi wreszcie zaczyna dopisywać szczęście – jest zaręczony z ukochaną kobietą i zostaje kapitanem statku, wiedziony zawiścią Fernand na podstawie przewożonego przez Edmunda listu od Napoleona oskarża przyjaciela o zdradę stanu. Edmund zostaje zesłany do twierdzy d’If, więzienia z którego nie ma ucieczki. Przez długie lata Dantes żyje pragnieniem zemsty, a gdy odzyskuje wolność, pod fałszywym nazwiskiem hrabiego Monte Christo zaczyna wcielać swoje plany w życie.

Chociaż krew leje się dopiero na końcu, „Hrabia Monte Christo” to film okrutny. Oparta na powieści Aleksandra Dumasa historia pełna jest bohaterów o trudnych i bezwzględnych charakterach i film z 2002 roku tylko to podkreśla swoim ponurym nastrojem i ciemnymi kadrami. W naturalny sposób Fernand od początku jest czarnym charakterem, który zdradza przyjaciela, odbierając mu wolność i ukochaną kobietę. Towarzyszą mu dawny wspólnik Edmunda i ambitny prokurator, którego karierze zagraża to, co wie Dantes. Rujnując mu życie ci ludzie usuwają tylko przeszkodę uniemożliwiającą im realizację ambicji. Przekonanie o śmierci przeciwnika staje się ich największą słabością, bo Edmund nie jest wzorem chrześcijanina, a jego zemsta to starannie zaplanowana intryga. I to właśnie mam na myśli, określając „Hrabiego Monte Christo” jako okrutnego. Ścierają się tu silne osobowości o równie silnej motywacji, które niszczą się wzajemnie knuciem, podchodami i nieczystymi zagraniami.

Nietrudno poczuć sympatię do niesłusznie skazanego Dantesa (zwłaszcza z niewinną buzią Jima Caviezela), trzeba jednak uświadomić sobie, że przez lata więzienia przestaje być kozłem ofiarnym i staje się drapieżnikiem, który czeka na wypuszczenie z klatki. Edmund mści się na swoich wrogach z okrutnym wdziękiem i  w widowiskowym stylu, powoli ich osacza, by ostatecznie ujawnić swoją tożsamość i ich zniszczyć. Patrząc na jego poczynania widz z jednej strony jest oczarowany misternością planu, z drugiej – widzi nieszczęśliwego człowieka, któremu nie pozostało nic prócz zemsty. Było mi żal Edmunda, jego zapatrzenia w swój jedyny cel i pozornej obojętności na wszystko inne. Chociaż to banalnie zabrzmi, zemsta jest bardziej wyniszczająca dla mszczącego się i hollywoodzkie, napisane na przekór Dumasowi zakończenie tego nie zmieni.

Jim Caviezel jest zdecydowanie moim faworytem. Chociaż obsadę świetnie dobrano, to właśnie jego Edmund nadał całości taki, a nie inny charakter. Zarówno za pomocą charakteryzacji, jak i zachowania sprawił, że Dantes i hrabia Monte Christo to mimo wszystko dwie twarze tego samego człowieka. Guy Pearce jako Fernand to klasyczny schwarzcharakter z paskudnym uśmiechem i zimnym spojrzeniem, który nawet się z tym nie kryje. Polka Dagmara Dominczyk oraz młodziutki Henry Cavil tak jak ich postacie byli tylko dekoracyjnymi pionkami w grze, ale ich występ podsycali Richard Harris, James Frain i Luis Guzman drugoplanowymi, ale istotnymi rolami.

„Hrabia Monte Christo” to nie jakieś wielkie, wysokobudżetowe i superwymuskane kino. Warto jednak się z nim zaznajomić, bo nie uwłacza godności widza i ciekawie zapełnia czas, do tego stopnia, że po latach ma się ochotę jednak do niego wrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *