Pragnienie krystalicznej historii – „Między wierszami”

Pisarz, któremu niezbyt wychodzi wydawanie własnych książek, odnajduje rękopis genialnej powieści i publikuje ją pod własnym nazwiskiem. Spływa na niego sława i chwała, spotyka wreszcie prawdziwego autora książki. Musi przyznać się do oszustwa, co ponownie odmieni jego życie.

Widz szybko spostrzega, że dostaje w ręce matrioszkę, która składa się z trzech historii. Pisarz wydający cudzą książkę jest tylko jej osią. Gdy pojawia się prawdziwy autor i zaczyna opowieść o tym, jak pisał historię swego życia, przenosimy się do Paryża czasów II wojny światowej. Wtedy oglądamy życie, w którym miłość i namiętność przeradzającą się w tragedię łamiącą ludzkie charaktery. I kiedy na dobre mamy zatracić się w tej retrospekcji i stanowczo potępić postępowanie pisarza, dociera do nas, że nie jesteśmy sami. Zauważamy jeszcze większe pudełko otaczające te dwie historie. Patrzymy na romans studentki i cynicznego literata w średnim wieku, który opowiada o swoim najnowszym dziele, a jego głównym bohaterem jest pisarz wydający pod własnym nazwiskiem cudzą powieść…

Wtedy widz ma chwilkę na pomyślenie „WOW” i na nowo zatraca się w wielowarstwowej historii w oczekiwaniu na jakieś spektakularne zakończenie.

W tej podróży towarzyszy nam dobra obsada z wieloma znanymi nazwiskami. W pierwszej matrioszce siedzą Bradley Cooper, piękna Zoe Saldana, J.K. Simmons oraz sędziwy Jeremy Irons. W kolejnej Dennis Quaid i Olivia Wilde, a w mojej ulubionej Nora Arnezeder i Ben Barnes w roli prawie niemej, za to bardzo emocjonalnej, będącej godnym przedłużeniem gry Jeremy’ego Ironsa (a to już coś!). Wielu innych, mniej znanych grających mniej znaczące postacie bez zarzutu tworzy resztę filmu.

Paradoksalnie jednak bardziej od bohaterów nurtowała mnie książka, wokół której kręcił się cały filmowy magiel. Reakcja postaci czytających tę historię doprowadzała mnie do szału, którego przyczyną jest zapewne nieukojone pragnienie natrafienia na podobne dzieło – opowieść krystalicznie czystą w swej prostocie, a jednak niosącą ogromny ładunek emocjonalny. Rzadko mam okazję czytać coś takiego, najbliższy ideałowi był chyba „Chłopiec z latawcem”. Odrzucam nawet myśl, że kiedyś, w jakiejś dalekiej przyszłości, w lepszym świecie ja sama mogłabym coś takiego napisać. Oglądając więc wizualizację tej książki w wątku retrospektywnym nie umiałam usiedzieć spokojnie, bo tak mnie wciągnęła fikcyjna opowieść, która w zasadzie nigdy nie powstała.

Gdyby nie to, leżałabym sobie błogo przed telewizorem, ciesząc oczy i pieszcząc umysł kawałkiem kultury. Zamiast tego o umysł obijała się książkowa zagwozdka i oczekiwanie zakończenia, które wyciśnie z oczu strumienie łez. A potem odezwała się najmniej przeze mnie lubiana postać i kilkoma zdaniami podała w wątpliwość to, co brałam za pewnik. Finał „Między wierszami” wiele pozostawia do interpretacji widzowi, jest też swoistą pułapką. Do teraz zastanawiam się, czego nie zrozumiałam i czy pominęłam coś, co wskazywało na takie, a nie inne zakończenie. Dlatego pewnie przy pierwszej możliwej okazji będę chciała upewnić się, że jednak nie jestem głupia i potrafię zrozumieć podchwytliwą fabułę filmu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *