Co się dzieje, gdy dziewiętnastolatka ogląda „Kubusia Puchatka”

Zapytacie może, w jaki sposób w umyśle dorosłej (podobno) a bezdzietnej (z pewnością!) osoby powstaje myśl „obejrzę dzisiaj Kubusia Puchatka”. Mogę się tłumaczyć , że to szczypta rozrywki podczas prasowania, że płyta z filmem wpadła mi w ręce w czasie porządków, że oglądam, żeby podszkolić angielski.

Pewnie to wszystko po trochu jest prawdą. Ale byłam po prostu ciekawa swojej reakcji na coś, co jeszcze 10 lat temu było dla mnie względną frajdą.

Maraton prasowania w towarzystwie Kubusia Puchatka okazał się ciekawszy niż zwykle. Od razu zatęskniłam za rysunkową animacją, która nie udaje niczego innego, a nawet dumnie swą rysunkowość obnosi. Ilustracje jak z książeczek dla przedszkolaków są przecież niezwykle miłe dla oka, a pastelowe stonowane kolory uspokajają. W porównaniu z animacjami, którymi telewizja raczy teraz milusińskich, „Kubuś Puchatek” jest jak powrót do domu po całym dniu spędzonym przy ruchliwej ulicy.

Po drugie nowością dla mnie były oryginalne dialogi. Przy tej okazji dotarło do mnie, o co naprawdę chodziło w wyprawie na biegun północny zakończona odnalezieniem kija (ang. pole – biegun lub kij, tyczka). Z kolei o zawroty głowy przyprawiły mnie Tygryskowe neologizmy, zlepki wyrazów i improwizacje. Nie przeszkodziły one jednak temu, żebym nadal fanatycznie zagłębiała się w odmęty języka angielskiego i kochała Tygryska bezwarunkową miłością.

Nie myślcie sobie jednak, że ten post napisałam tylko po to, żeby powychwalać animację i mowę Szekspira. Tak naprawdę szokiem dla mnie było to, jak z biegiem lat człowiek różnie postrzega tę samą rzecz. Jako dziecko darzyłam Kubusia Puchatka umiarkowanym przywiązaniem, ale reagowałam na niego zgodnie z przeciętnymi dla mojej grupy wiekowej normami. Sceny, które miały małych widzów rozbawić, sprawiały, że kulałam się ze śmiechu po dywanie, a te straszne powodowały, że w ciemnych drzwiach do piwnicy zawsze potem widziałam jakieś paskudztwo. Nawet teraz muszę przyznać, że „Niezwykła przygoda Kubusia Puchatka” jest po prostu przerażająca  i nie nadaje się do samotnego seansu wieczorową porą, a co dopiero do pokazywania dzieciom, tak po prostu.

Pewne sceny po latach są jednak ciosem poniżej pasa. Przypomnijcie sobie, jak Krzyś próbuje powiedzieć Puchatkowi, że następnego dnia idzie do szkoły i już nie będą mogli spędzać razem tyle czasu. To przecież początek końca beztroskiego dzieciństwa, a tym samym przyjaźni chłopca i pluszowego misia! Chociaż Krzyś jest pewien, że będą się nadal często widywać, nie wie, że tak naprawdę powoli przestanie potrzebować Puchatka.

Albo cała fabuła filmu „Prosiaczek i przyjaciele”. Kto nigdy nie czuł się tak jak Prosiaczek – niedoceniany, niepotrzebny, niekochany? Kto potrzebował przytulenia i potwierdzenia, że nie jest sam? No właśnie, dzieci tego nie czują tak świadomie, ale jak się przeżyje kilka lat, można w takim opuszczonym Prosiaczku w chwili użalania się nad sobą dostrzec samego siebie.

Z kolei „Kubuś i hefalumpy” to anty-ksenofobiczny manifest, który uczy dzieci, że inny nie równa się zły. Właśnie dzięki dziecięcej ufności nawiązują się przyjaźnie między skrajnie różnymi ludźmi, kangurami czy hefalumpami, a rozwijająca się na oczach malucha relacja Lumpka i Maleństwa jest najprostszą lekcją tolerancji.  A to, że Lumpek jest uroczy do kwadratu i swoim śmiechem błyskawicznie poprawia mi humor, zamierzam wykorzystać w chwili słabości i chandry – i nikt nie musi wiedzieć o tym, że będę się leczyć hefalumpem.

A „Tygrysek i przyjaciele”? Podczas końcowych scen dostałam spazmów, bo rozterki pluszowego skądinąd Tygryska były tak po ludzku rozdzierające. Poszukiwanie własnej tożsamości i miłości najbliższych nie będzie czymś, co przykuje uwagę przedszkolaka, ale dla osoby ciut starszej, która trochę przeżyła, a trochę potrafi się wczuć, bohater kreskówki staje się symbolem prawdziwych problemów dorosłego świata.

Skłamałabym więc, gdybym nazwała „Kubusia Puchatka” wyłącznie bajeczką dla dzieci. Jak w wielu innych przypadkach, również ta animacja z biegiem lat nabiera znaczenia i głębi. Nie dlatego, że ona się zmienia – dlatego, że my dorastamy, czujemy i rozumiemy coraz więcej. Kiedy więc doczekam się dzieci, puszczę im „Kubusia Puchatka”, żeby obejrzały ładny film animowany i znały jeden z filarów dziecięcej popkultury. Ale gdy będą miały naście lat, siądziemy sobie razem na kanapie z michą popcornu i paczką chusteczek i obejrzymy „Kubusia Puchatka” raz jeszcze, tym razem ze zrozumieniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *