Chciałoby się docenić – „Światło między oceanami”

Są książki, które nie dają spokoju, bo:
a) są zbyt dobre,
b) uświadamiają coś wcześniej niepojętego,
c) zastanawiasz się, dlaczego ludzie je zachwalają, skoro Tobie wcale się nie podobało.

W przypadku „Światła między oceanami” M. L. Stedman prawidłowa jest odpowiedź c). Fora czytelnicze pełne są westchnień nad łzawą i tragiczną historią latarnika i jego żony przygarniających wyrzuconą przez morze dziewczynkę. Czytając te zachwyty zastanawiałam się, co ze mną nie tak i czułam się zła i cyniczna. Może dlatego postanowiłam dać „Światłu między oceanami” jeszcze jedna szansę i obejrzałam film.

Pierwszą rzeczą, która mnie urzekła, były widoki – piaszczyste plaże, wzburzony ocean, targane wiatrem trawy, urokliwe zachody słońca. Chociaż to łatwy chwyt, ja niezmiennie dają się nabrać właśnie na urokliwe landszafty, bo odwołują się do jakiegoś pierwotnego pragnienia natury,  a przecież znaczną część filmu pochłania się przez oczy.

Przez oczy pochłonęłam też obsadę. Boziu, jak ten film jest zagrany! Michael Fassbender ma niezwykła charyzmę, gra z wyczuciem, potrafi być jednocześnie silny i zrozpaczony, pewny siebie i delikatny. Alicia Vikander to przepiękna kobieta o świeżej urodzie i iskierkach w oczach (a stwierdzam to z całą kobiecą zazdrością, na jaką mnie stać) oraz utalentowana aktorka, która subtelną grą autentycznie wzrusza i zachwyca. Starsza od niej Rachel Weisz jest jakby jej poprzednim wcieleniem, kimś z podobnego klimatu, świetną artystką mimo wszystko przygasającą w promieniach nowej, jeszcze jaśniejszej wschodzącej gwiazdy. Patrząc na tę trójkę naprawdę zrozumiałam, że tak powinno wyglądać aktorstwo.

Były jednak nieliczne momenty, że Vikander, Weisz i Fassbender przestawali być centralnymi punktami akcji. To sceny, w których pojawiają się dzieci. Maluchy odtwarzające rolę Lucy obejmowały ekran w posiadanie ilekroć się na nim pojawiały. Nie były to dzieci sztucznie coś odgrywające, a mali ludzie, którzy czuli się bezpiecznie wśród dorosłych i z naturalnym wdziękiem, choć może nieświadomie robili swoje. I odwracali uwagę od całej reszty.

Mogłabym więc stwierdzić, że obejrzałam piękny film, bo patrzyło się dobrze i miło się słuchało. Schody zaczynają się jednak, kiedy do oczu i uszu dołącza mózg bezwzględnie obnażający ckliwość i nadmierny tragizm całej historii.  „Światło między oceanami”  to wyciskacz łez, który niesie ze sobą niewiele treści. Bardzo chciałabym, żeby mi się spodobało, naprawdę marzyłam o tym, żeby się wciągnąć i przejąć, a na zakończenie ryczeć jak bóbr, choćby z szacunku dla świetnego aktorstwa zaprezentowanego przez wyżej wymienioną trójcę. Zamiast tego pozostało mi przykre uczucie, że zachwycić się nie potrafię, bo obejrzałam coś zbyt ckliwego, by mogło wydać się autentyczne. Od książki się nie ucieknie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *