Ja też tęsknię – „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej” Michała Rusinka

Z wielkich polskich poetów końca XX wieku chyba właśnie jej poezja najbardziej mnie dotyka. Miłosz i Herbert byli bardzo poważnymi ludźmi, którzy potrafili dostrzec i opisać bolączki współczesnego świata. Kiedy czyta się ich wiersze, ma się uczucie obcowania z czymś bardzo przemyślanym i nie sposób nie pomyśleć „Kurcze, ten Herbert/Miłosz to musiał być bardzo mądry człowiek”. Natomiast gdy czytam poezję Wisławy Szymborskiej, czuję, że przez te starannie dopielęgnowane linijki i ironię przebija osoba o nieprzeciętnym umyśle, ale też równa babka. Bo Szymborska umiała się dziwić światu.

„Nic zwyczajnego” jest zbiorem wspomnień o Wisławie Szymborskiej obejmujący okres od Nagrody Nobla do jej śmierci. Pełno tu anegdotek i historyjek o wyprawach, figlach i dziwnych zwyczajach poetki, ale czyta się je jak opowieści z życia kogoś znajomego. Tak jak w wierszach Szymborskiej również w jej życiu nie było dystansu w stosunku do świata, lecz ogromny dystans do samej siebie. Umiała się z siebie śmiać, czasami bardziej przypominała rozchichotaną dziewczynkę niż starszą panią. Kiedy było to konieczne, tupała nogą i stawiała na swoim, ucinając wszelkie dyskusje. Była też prawdziwą damą, bo chociaż cechowała ją ostrożność w kontaktach z ludźmi, dbała o to, by oni czuli się dobrze i byli traktowania jak bliscy przyjaciele. Wisława Szymborska to postać barwna – w pełni znaczenia tego słowa.

Wspomnienia o niej spisał jeden z bliższych poetce ludzi, czyli Michał Rusinek nazywany przez Szymborską Pierwszym Sekretarzem. To główny atut „Nic zwyczajnego”, bo dzięki takiej narracji możemy poznać codzienne życie poetki, nic na pokaz, a wszystko z mieszaniną niezwykłego ciepła, sympatii, przywiązania i szacunku. Rusinek, chociaż sam już niejedno osiągnął, niezmiennie zachwyca się osobowością, a raczej osobliwością, jaką była Szymborska. Czytając jego wspomnienia często się uśmiechałam, parę razy nawet śmiałam się na głos, ale były chwile, że łezka kręciła mi się w oku. To momenty, w których Rusinek zestawiał opowieści z życia wzięte z poezją Szymborskiej – z jednej strony przystępną, z drugiej bezlitośnie obnażającą obłudę świata, z filuternym uśmieszkiem wytykającą ludzkie słabostki, szukającą jakiegoś większego sensu. Ponownie zaskoczyło mnie to, jak bardzo życiowa jest ta wielka, godna Nobla poezja i jak bardzo ludzka była jej autorka. A sposób, w jaki pisze o nich Pierwszy Sekretarz, wskazuje na to, że bardzo za Wisławą Szymborską tęskni.

Szczerze mówiąc, za Szymborską tęsknię i ja. Jest kilka takich osób, w stosunku do których urodziłam się zbyt późno, bo móc ich poznać, choćby przez telewizor, ale w czasie rzeczywistym, a nie ze wspominków. Wisława Szymborska to jedna z tych osób. Gdy żyła, byłam zbyt smarkata na czytanie wierszy innych niż Jana Brzechwy i Wandy Chotomskiej, gdy zmarła w 2012 roku, za mało o niej wiedziałam, żeby żałować. W gimnazjum i liceum poznałam jednak nieco jej poezji, obejrzałam „Czasami życie bywa znośne” (dokument o WS), trochę doczytałam sama i zrobiło mi się żal tej mojej dziecięcej nieświadomości, że całkiem niedaleko na tej samej planecie żyła taka osoba  jak Wisława Szymborska. Szkoda, prawda? Pewnie, jej genialne wiersze zostaną z nami bardzo długo, ale boję się, że osobowość (osobliwość) WS z czasem się zatrze.

Mam więc taki plan na najbliższą przyszłość. Jeśli trafi się w tym roku jakiś słoneczny listopadowy dzień, zbiorę bukiet liści i wybiorę się na Cmentarz Rakowicki. W odwiedziny do Wisławy Szymborskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *