Ku pokrzepieniu serc? – „Ostatni samuraj”

Nathan Algren, weteran wojny secesyjnej, który nie może się otrząsnąć ze wspomnień jej okrucieństwa, zostaje wysłany do Japonii. Ma tam zająć się szkoleniem wojska na modłę zachodnią. Podczas potyczki zostaje pojmany przez oddział zbuntowanego generała, który pozostał wierny tradycyjnym japońskim metodom walki. Z czasem cyniczny Nathan zaczyna dostrzegać piękno w surowym kodeksie samurajów i życiu zgodnie z naturą.

„Ostatni samuraj” z roku na rok jest coraz niżej oceniany. Warto byłoby go jednak zobaczyć zanim całkiem zniknie z telewizji i ludzkiej pamięci. Chociaż uważniejszy widz dostrzeże sporo niedociągnięć i jeszcze więcej filmowych banałów, zadowoli go ciut naiwna historia o człowieku zafascynowanym samurajami. A jeżeli widz ten ma w gruncie rzeczy słaby i podatny na wpływy umysł (jak mój), sam ulegnie urokowi surowego życia japońskich wojowników. Oczarowała mnie z jednej strony ich ciężka praca przy doskonaleniu umiejętności, z drugiej strony spokój wobec śmierci i kierowanie się honorem, chociaż już to bywało okrutne. Wraz z upływem akcji przestaje się widzieć błędy filmowców i gorsze strony samurajów,  których wraz z głównym bohaterem najpierw się podziwia, a potem płacze nad ich losem.

Wiele razy słyszałam, że to najlepsza rola Toma Cruise’a . Nie potrafię potwierdzić, bo raczej unikam filmów z jego udziałem, ale rzeczywiście w „Ostatni samuraju” Cruise był bardzo znośny. Bladł jednak w chwilach, gdy stawał obok niego Ken Watanabe – stylowy, zwinny, groźny. Tę prawidłowość można było przenieść także na resztę obsady – zachodni aktorzy, wśród nich np. Timothy Spall i Tony Goldwyn, grali bez zarzutu, ale przy postaciach granych przez Japończyków (piękna Koyuki, Shin Koyamada i inni),  ich występy przestawały być tak ważne. To może wynikać z konstrukcji granych przez nich bohaterów, może też być kwestią innej szkoły filmowej, a przez to innej gry. Podejrzewam, że właśnie ta odmienność od tego, do czego jestem przyzwyczajona, może być tak fascynująca.

Ale „Ostatniego samuraja” pewnie szybko bym zapomniała, gdyby nie soundtrack. Hans Zimmer stworzył po raz kolejny piękne dzieło, jeszcze nie tak charakterystyczne dla siebie, bo bez brawury pojawiającej się na przykład w „Piratach z Karaibów” czy „Gladiatorze”. Zimmer sam przyznał, że miał poważne problemy z napisaniem czegokolwiek do tego filmu ze względu na nieznajomość muzyki japońskiej, jednak widownia z tego kraju była zachwycona. Ja też nie znam japońskiej muzyki, ale do soundtracka z „Ostatniego samuraja” wracam i bardzo go cenię.

Jak tak się na tym zastanowić, „Ostatni samuraj” wpisuje się w nurt hollywoodzkich produkcji o walce o wolność/niepodległość. Chociaż jakościowo może to być ciut niższa półka, skojarzenie z „Patriotą” czy „Braveheartem” jakoś samo się nasuwa. Często trochę się z tego podśmiewamy i gardzimy patosem amerykańskich filmów, ale czy to nie jest w jakiś sposób pokrewne z polskim romantyzmem: Konradem Wallenrodem, Kordianem, Jackiem Soplicą? Takie historie może i nie są praktyczne, ale dodają odwagi – „pokrzepiają serca”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *