Letnie koncerty pod chmurką

W tym roku po raz pierwszy skorzystałam z dobrodziejstw wakacyjnych koncertów organizowanych przez miasto bądź gminę i muszę przyznać, że to było bardzo ciekawe i na ogół przyjemne doświadczenie.

Event nr 1: żenada Marcina Dańca

Występ Marcina Dańca był największą atrakcją tegorocznych Dni Mazańcowic. Przynajmniej połowa wsi i drugie tyle z okolicy ściągnęło na popisy popularnego kabareciarza, spodziewając się ubawu po pachy. Zamiast tego Daniec (wyraźnie wkurzony obsuwą czasową) zaczął się wyzłośliwiać, a jego wredne kpiny dotknęły prawie wszystkich dookoła – poprzedzającego jego występ zespołu, organizatorów całej imprezy, pani ze smartfonem w ręku i wójta. Kiedy obśmiał już wszystkich w zasięgu wzroku (na szczęście robiło się ciemno), przeszedł do polityków, kpiąc bezlitośnie z każdej opcji. Cały czas niemiłosiernie gwiazdorzył i rzucał prymitywnymi żartami, zakończył wreszcie występ wspominając niedyskretnie o swoim wynagrodzeniu i na deser ponownie zakpił z organizatorów imprezy. I chwała mu za to, że skończył. Jego występowi zdecydowanie brakowało płynności i jakiejś myśli przewodniej, a żarty były żenująco prostackie, bo polegały na wyśmiewaniu poszczególnych osób. No i to gwiazdorzenie i plucie wodą ze sceny tylko dlatego, że nie była gazowana. Ja bylam zdegustowana i zniesmaczona, ale większość, a przynajmniej najbardziej rzucająca się w oczy część zgromadzonego towarzystwa dosłownie ryczała ze śmiechu. Nie, nie chodzi o to, że nie mam poczucia humoru – po prostu byłam trzeźwa.

Event nr 2: wspomnień czar z Jackiem Wójcickim

Jako dziecko chętnie oglądałam program „Budzik”, w którym jako Pan Tenorek występował Jacek Wójcicki. Na jego koncert w Bielsku-Białej wybrałam się spontanicznie, ale z nadzieją na odchamienie i kulturalne doznania.  Tak też było – pogoda i publiczność dopisały, koncert był bardzo przyjemny. Jacek Wójcicki każdą piosenkę poprzedzał jakąś anegdotką czy opowieścią, a śpiewane przez niego utwory z międzywojnia czy Piwnicy pod Baranami były dla wielu słuchaczy podróżą w czasie. Zasmuciło mnie, że ten koncert przyciągnął w dużej mierze starsze osoby – młodzieży nie widziałam wcale, a szkoda, bo kiedy słucha się muzyki, trzeba próbować różnych rzeczy. Mnie pan Wójcicki ujął przede wszystkim swoim wdziękiem i zachowaniem na scenie. W jego opowieściach pojawiały się legendy polskiej poezji i muzyki, mimo to on pozostał skromny, z dużym dystansem do swojej niewielkiej osoby i z miłym uśmiechem na twarzy. Śpiewane przez niego piosenki były tymi wdzięcznymi utworami, do których widownia buja się na boki. Zdarzały się ciche wzruszenia i wspólny śpiew, po prostu był to jeden z tych wieczorów, kiedy człowiek myśli sobie, że nieźle mu na tym świecie.

Event nr 3: harce na scenie, czyli The ThreeX

Można powiedzieć, że The ThreeX są bielskim dobrem lokalnym, bo swoją przygodę z muzyką zaczynali w tutejszej szkole muzycznej. Mimo to są już światowej klasy artystami – grali w Austrii, Chinach, Japonii i Chile. Jacek Stolarczyk, Krzysztof Kokoszewski i Jacek Obstarczyk bawią się muzyką i jej konwencją, więc oprócz tego, że są utalentowanymi muzykami, ich występy bawią. Nie sposób złapać wszystkie wymyślone przez nich konteksty, smaczki i skojarzenia, ale przeciętny widz z minimalnym zainteresowaniem muzyką dobrze się bawi podczas ich występu. Bo panowie z The ThreeX nie tylko grają na skrzypcach i klawiszach – wykorzystują flet, puzon i harmonijkę, żonglują i tańczą na scenie, bawiąc publiczność do łez. „Lot trzmiela” potrafią przemienić w komiczny numer o ściganiu insekta z packą na muchy, z muzyki klasycznej przechodzą płynnie w melodyjkę z „Gumisiów”, a Adele przetykają Beatlesami. The ThreeX odprawiają na scenie moonwalki, balety, harce i figle, które są po prostu gwarantem dobrego humoru i udanego wieczoru.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *