Może człowiek, jak skóra na dłoniach, robi się twardszy pod wpływem stale zadawanego bólu – „Wierna”

Tris i Tobias postanawiają uciec z Chicago, które po wyzwoleniu z systemu frakcyjnego ponownie popadło w tyranię jednej grupy, tym razem bezfrakcyjnych.  Wraz z małą grupą wyruszają poza strzegące miasta ogrodzenie. Odkrywają tam, że ich miasto jest eksperymentem genetycznym, którego celem jest wyodrębnienie Niezgodnych, czyli genetycznie czystych, od pozostałych, którzy wiele pokoleń temu zostali zmodyfikowani i zamknięci w frakcjach. Ta prawda jest bolesna zarówno dla Tris, jak i dla Tobiasa. Ona poznaje wreszcie, jaką osobą była jej matka oraz próbuje wybaczyć zdradę bratu. On dowiaduje się, że wcale nie jest Niezgodny i toczy wewnętrzną walkę. Obojgu trudno dojść do ładu ze sobą, zatem jeszcze trudniej jest im być razem. A żeby uratować Chicago przed zagładą, muszą zjednoczyć siły.

W „Wiernej” Veronica Roth wróciła do formy, którą zaprezentowała w pierwszej części. Tym razem podzieliła narrację na dwa punkty widzenia, dzięki czemu możemy spoglądać na akcję raz okiem Tris, raz z perspektywy Tobiasa. Chociaż niezbyt lubię takie rozwiązana, fabuła „Wiernej” nie mogła zostać ukazana inaczej, bo drogi Tris i Tobiasa bardzo się rozeszły. Inna sprawa, że w ten sposób Veronica Roth dostarczyła wrażeń rzeszom czytelniczek spragnionych przemyśleń swojego wymarzonego, wyśnionego i fantastycznego księcia. Cieszę się, że autorka utrzymała surową narrację odzwierciedlającą jego osobowość i nie zrobiła z niego przewrażliwionej księżniczki, jak to często bywa z chłopakami stworzonymi przez pisarki.

Z drugiej strony strasznie namieszała, bo takiego rozwoju wydarzeń nie spodziewał się nikt. Zupełna zmiana otoczenia wyraźnie odcina „Wierną” od poprzednich dwóch części i chociaż trochę oszałamia –  nadal wprowadza napięcie i przykuwa uwagę. Autorka poszła po bandzie i zakończyła książkę z przytupem, którego do dziś nie mogą jej przebaczyć niektórzy czytelnicy. Ja ją jednak za to szanuję.

Oczywiście, zasmucił mnie los Tris i podczas ostatnich rozdziałów ryczałam jak bóbr, ale Roth świetnie wyprowadziła z tego Tobiasa i Christinę. Poważną zaletą takiego zakończenia jest też to, że seria nie pociągnie się w nieskończoność . Trylogia jest fantastyczną formą, a znakomita większość pisarzy po przekroczeniu trzeciej części najczęściej popada w tasiemcowaty absurd – nawet J.K. Rowling miała lekki kryzys przy czwartej i piątej części Pottera, choć potem się pozbierała. Veronica Roth zamknęła definitywnie pewien rozdział, pozwoliła sobie jedynie na cieniutką historię o Tobiasie („Cztery”), ale nie zaburzyła całości. Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć, i autorka miała tego pełną świadomość.

Świadomości nie mieli natomiast twórcy filmu na podstawie „Wiernej”. Przy produkcji drugiej części wleźli w bagno, porzucając wierność literackiemu pierwowzorowi na korzyść masy efektów specjalnych. Pozostając w tym bagnie, ostatecznie przekreślili cykl „Niezgodna” jako coś wartego obejrzenia.

Strzałem w kolano stało się też posunięcie, które w przypadku ekranizacji innych powieści młodzieżowych było sporym zastrzykiem gotówki. Otóż wzorem „Zmierzchu”, „Harry’ego Pottera” i „Igrzysk śmierci” także „Wierną” rozbito na dwie części, zapominając o tym, że w całej książce raczej nie ma aż tylu wydarzeń, by było to potrzebne. Jak dotąd powstał pierwszy film, który spektakularnością efektów specjalnych chciał prześcignąć sam siebie. Nikt nie przewidział jednak tego, że same efekty nie wystarczą, by utrzymać widza przed ekranem. Miała to być ekranizacja (wyszło raczej coś „na motywach powieści”) tylko połowy „Wiernej” – książki skupionej w dużej mierze na przemyśleniach, a nie akcji. Dlatego efekt końcowy to raczej mdły i nużący obraz, w którym niewiele się dzieje – znów pominięto tarcia pomiędzy Tris i Tobiasem, nadając ich relacji charakter o smaku zatęchłego lukru, a sama Tris znów stała się małą dziewczynką, a nie silną młodą kobietą.

Toteż wszystko wskazuje na to, że chyba nie uda się dokończyć drugiego filmu. Mydli się nam oczy gadką o serialu (!!!), który miałby zakończyć serię, ale bądźmy szczerzy – w tej książce nie ma już materiału na serial! To by oznaczało kolejne długaśne sekwencje efektów specjalnych i lewitujących pojazdów kosmicznych, rozwleczenie pozostałej treści to niebotycznych rozmiarów i wariacji na każdy możliwy temat…

I tak to jest, kiedy wielki świat dobiera się do niezłej książki. Bardzo mi przykro, że tak się stało, ale lepiej, żeby ten serial nie powstał. Po co się mamy frustrować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *