Czasem trudno z nią być – „Zbuntowana”

Po brutalnym ataku na bezbronny Altruizm całe miasto ogarnął chaos, a frakcja Nieustraszonych podzieliła się. Część z nich przystąpiła do Erudycji, która chce za wszelką cenę utrzymać swoją pozycję. Pozostali schronili się w Prawości, Serdeczności i ciemnych zakamarkach miasta. Tam spotkali Bezfrakcyjnych, czyli ludzi, którzy zostali wydaleni ze swoich frakcji i zorganizowali się, by walczyć z systemem. Tris i Tobias trafiają w wir negocjacji, tajemnych danych i okrutnej walki. Walczą o pokój, ale ich działania mające służyć większemu dobru kładą się cieniem na ich relacji. Bez oparcia w ukochanym Tris nie może sobie poradzić ze śmiercią najbliższych, wyrzutami sumienia i byciem Niezgodną.

„Zbuntowana” jest już znacznie bardziej skomplikowana od „Niezgodnej”. Tym razem Veronica Roth skupiła się bardziej na przemyśleniach Tris i dręczących ją wspomnieniach, co spowolniło i trochę utrudniło odbiór akcji, ale jednocześnie pozwoliło na lepsze poznanie bohaterki. Postacie, które tylko przelotem pojawiły się w „Niezgodnej”, tutaj nabrały ciała i kolorów. Działo się niemało, ale większość wydarzeń miała zbrojny charakter, przez co dla mniej uważnego czytelnika zlewały się w jedną strzelaninę. Trudniej było nadążyć za fabułą, ale trzeba przyznać, że Veronica Roth zaserwowała swoim fanom kilka naprawdę ciekawych nowych wątków i pomysłów, w tym serum prawdy i tzw. near-death experience. W porównaniu z pierwszą częścią trylogii „Zbuntowana” nie była tak przyjemna w odbiorze, brakowało jej równego tempa, a jasny cel obrany przez bohaterów odbierał czytelnikowi możliwość nieograniczonego fantazjowania, co będzie dalej (w pierwszej części nie miałam pojęcia, co może się wydarzyć).

Jeśli chodzi o film… O ile „Niezgodna” była niemalże idealną ekranizacją, o tyle „Zbuntowana” była jedną z gorszych. Jedynie obsada nie pozostawiała niczego do życzenia, tak jak wcześniej była dopasowana, może z wyjątkiem Naomi Watts, która jest zdecydowanie za młoda na matkę Cztery. Shailene Woodley i Theo James udźwignęli swoje role w dobrym stylu, cała reszta trzymała poziom, znacząco wybił się Miles Teller, miło było zobaczyć w małym epizodzie Octavię Spencer. Czułam się natomiast przytłoczona ilością efektów specjalnych, których nie byłoby tyle, gdyby twórcy trzymali się powieści…

No właśnie, gdyby. Ekranizacja „Zbuntowanej” to koktajl, wątki z książki wymieszano ze sobą i zupełnie zniekształcono jej przekaz. Filmowców poniosła fantazja, rozwinęli po swojemu pomysły Veroniki Roth, a ciężar akcji przenieśli na łapankę Niezgodnych zamiast skupić się na działaniach Tris i jej własnych celach. Z  tego powodu łatwo było stracić z pola widzenia jej zamiary, a główną bohaterką bardziej stała się grana przez Kate Winslet Jeaninne. Pominięto też to, co czytelniczki kochają w Tobiasie, czyli jego tajemniczość, siłę i gotowość walki i poświęcenia. W powieści Tris i on przeżywali trudny czas, zbliżali i oddalali się od siebie, w filmie nic nie chwieje ich relacją, a Tobias wielokrotnie ratuje Tris niczym książę z bajki. Wolę sobie obejrzeć „Kopciuszka” niż to.

Może gdybym nie znała książki i traktowała trylogię „Niezgodna” tylko jako filmy, mogłabym to przełknąć, chociaż nawał efektów specjalnych pewnie stanąłby mi w gardle. Jednak jestem w pierwszej kolejności miłośniczką książek, uważam, że Veronica Roth napisała dobrą serię dla młodzieży. Ekranizacja, czy raczej film „na motywach” drugiej części po prostu krzywdzi pierwowzór i nie jestem w stanie się nim zachwycić.

Zobaczymy, co przyniesie ciąg dalszy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *