W okowach tradycji – „Zawieście czerwone latarnie”

Po śmierci ojca Song Lian musi opuścić uniwersytet i postąpić tak, jak każe tradycja – wyjść za mąż. Zostaje czwartą żoną pewnego bogacza i wkracza w świat wielowiekowych tradycji, którym musi się podporządkować. Ścigana zawiścią trzech poprzednich żon i niechęcią osobistej służącej Song Lian będzie walczyła o to, by zyskać szacunek. Nie uda się jej to jednak bez wkradnięcia się w łaski pana i męża, którego przybycie co wieczór oznajmia zapalenie czerwonych latarni.

Nie miałam wcześniej okazji zetknąć się z kinem azjatyckim, dlatego też seans „Zawieście czerwone latarnie” był przedsięwzięciem zupełnie spontanicznym. W ten sposób przypadkowo trafiłam na wysmakowany, nastrojowy film, który dotykał ludzkich charakterów i tragedii w bardzo intymny sposób.

Song Lian jest początkowo bardzo delikatną dziewczyną, którą przerażają utarte zwyczaje w domu męża. Z czasem zaczyna rozumieć, że albo ulegnie i stanie się jedną z zawodniczek stających w walce o względy pana, albo postawi na swoim i stanie się jego ulubienicą. Song Lian po prostu się boi, a jej popychana strachem wewnętrzna siła przeradza się w bezwzględność i okrucieństwo.

Portrety pozostałych żon są równie złożone. Pierwsza to starsza już kobieta, pogodzona z tym, że jej mąż woli sypialnie młodszych, a jednocześnie dumna z tego, że dała mu syna. Druga pod fałszywą słodyczą ukrywa nienawiść do kolejnej rywalki. Trzecia wie, że urodzenie męskiego potomka dało jej prestiż, już nie martwi się o swoją pozycję i pozwala sobie na bycie niegrzeczną. Pozostaje jeszcze osobista służąca, która przed przybyciem Song Lian miała nadzieję na zostanie czwartą żoną, więc od początku nienawidzi swojej pani. A gdzie w tej plątaninie zawiści jest jej przyczyna, czyli pan i władca tego kramu? Nigdy nie poznajemy jego twarzy, pojawia się sporadycznie i jest jakby poza kobiecymi konfliktami, nieświadom tego, że sam je nakręca. Jest postacią drugoplanową, ale to on dzierży władzę i narzuca obowiązujące zwyczaje. Choć czasami pobłaża swoim żonom, wokół niego kręci się życie całego domu, a każde uchybienie tradycji skutkuje jego reakcją.

Jak widzicie już sama złożoność postaci była dla mnie ucztą. Do tego doszły jednak niespieszna akcja, powolne zbliżenia i pełna prostoty narracja. Ujęcia nie były wymyślne, przypominały trochę przedstawienie teatralne, ale zachwycały naturalnością. Mimo spokojnego rozwoju wydarzeń film od  pierwszych minut zaciekawiał, a potem trzymał w napięciu do samego końca. Dzięki niemu poznałam trochę azjatyckiej kultury i zwyczajów, zastanowiłam się nad rolą kobiety w tamtych czasach, otwarłam na ludzkie zachowania i słabości.

Film został też świetnie zagrany – chociaż cała obsada była genialna, grająca główną rolę Li Gong zachwyciła mnie dosłownie od pierwszej sceny. Wyobraźcie sobie: młoda ładna Chinka z dwoma czarnymi warkoczami  patrzy wprost na kamerę i rozmawia z matką o zamążpójściu. Wypowiada gorzkie słowa o losie kobiety, a wtedy po jej policzkach spływają dwie samotne łzy.

Po prostu piękne.

A teraz obejrzyjcie sobie tę scenę i cały film, bo naprawdę warto!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *