Cztery worki felietonów – „Sprzedawca arbuzów” Marcina Mellera

Jako czytelnik powoli zaczynałam doceniać gatunek, jakim jest felieton, kiedy na półki księgarni trafił „Sprzedawca arbuzów”. Z Marcinem Mellerem zetknęłam się już wcześniej w jednej z gazet i bardzo spodobał mi się jego styl – momentami ironiczny, ale nie dystansujący się od czytelnika. Przeczytanie „Sprzedawcy arbuzów” wydawało mi się zatem dość oczywiste – nie dość, że przeczytam coś, co najprawdopodobniej mi się spodoba, to jeszcze uzupełnię sobie wiadomości o świecie. A taki sposób zdobywania wiedzy – przyjemnie i mimochodem, to właśnie jest to, co tygryski i Oleńki lubią najbardziej.

Meller podzielił swój zbiór na cztery części: „Zaczynam rodzinno-intymnie, potem wkraczają klimaty okołopolityczne, następnie obyczajowe, a skoro faceta poznaje się po tym jak kończy, to ja kończę kulturą”.

Pierwsza część była po prostu czystą zachętą do czytania. Meller jako dojrzały mężczyzna nie boi się pisać z czułością o swoich dzieciach i urokach ojcostwa. Jego felietony są pełne ciepłą, humoru i dystansu do siebie, a swoją żonę najczęściej nazywa „najlepszą z żon”… Pozostaje mi tylko życzyć sobie takiego mężczyzny.

Z kolei w sekcji politycznej aż kipi od ironii. Opisując rodzime polityczne podwórko Meller rzadko pisze zupełnie poważnie i wprost, jakby uważał, że niektóre przekręty i wpadki polityków po prostu na powagę nie zasługują. Nie kryje swoich poglądów, co może skreślać go w oczach części społeczeństwa, niemniej jednak przybliża tematy polityczne tak, że nawet mnie zaczynają trochę interesować. I bawić.

Worek z opowieściami obyczajowymi jest mieszanką anegdotek z podróży i pracy Mellera. Najzabawniejsze są jednak felietony o… męce pisania felietonów. Oryginalne nawyki autora, krążenie redaktorów niczym stada wilków wokół pocącego się felietonisty i przepychanki z innymi literatami pozwalają czytelnikowi na rozeznanie w branży i ubaw po pachy. Nie sposób nie uśmiechnąć się podczas czytania felietonu o pisaniu felietonu, który przynajmniej z mojego punktu widzenia jest majstersztykiem z gatunku „coś z niczego” (chociaż pan Meller pewnie obraziłby się za to „nic”).

Wielki finał to zbiór wspomnień ukochanych lektur, porywających seriali i ciekawych filmów. Zachwyty przeplatają się z teoriami spiskowymi, a dobrotliwe pochwały z tłumionym chichocikiem. Zauważyłam też u Mellera własną przypadłość, czyli ogromne pragnienie podzielenia się ze światem tym, czym aktualnie się zachwycam (czego owocem jest coolturka). Dobrze wiedzieć, że ktoś piszący o niebo lepiej ode mnie podziela tę dziecięcą radość nawracania otoczenia na swoje pasje.

W efekcie po zakończeniu lektury nie odłożyłam „Sprzedawcy arbuzów” tak po prostu na półkę, o nie. Książka leży sobie na widoku i drażni oczy zieloną okładką tak, by reszta familii także po nią sięgnęła (por. powyższy syndrom). Członkowie rodziny są zagonieni i nie wiedzą, co tracą, więc „Sprzedawca arbuzów” spoczywa sobie w (s)pokoju. A ja za każdym razem, kiedy go mijam, zerkam sobie do środka na jakieś pół felietoniku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *