Nadrabiając klasykę – „Skazani na Shawshank”

Andy trafia do więzienia Shawshank oskarżony o zabicie żony i jej kochanka. Tam spotyka wielu naprawdę różnych ludzi: zwyrodnialców i zboczeńców, łotrów różnego kalibru, łobuzów i osobników odsiadujących błędy młodości, którzy w więziennych murach wyrośli na mędrców. Jednym z nich jest Red i to on pomaga Andy’emu oswoić się z okrutną rzeczywistością. Przez lata Shawshank staje się dla Andy’ego domem, w którym zyskuje sympatię zarówno więźniów, jak i strażników, organizując bibliotekę. Kiedy jednak twierdzi, że jest niewinny, wszyscy uznają to za żart.

Czynników sprawiających, że „Skazani na Shawshank” jest świetnym filmem, jest kilka. Po pierwsze mało kto miał szansę doświadczyć realiów rygorystycznego więzienia – ci, którym się „poszczęściło” w tej kwestii, nie chcą tego wspominać, ale resztę nierzadko skręca z ciekawości. Film oparty na opowiadaniu Stephena Kinga odsłania kulisy więziennego życia, zaspokajając w dużej mierze pragnienie poznania nieznanej rzeczywistości w sposób bezpieczny (czytaj: bez ruszania się z fotela, a nie poprzez zamknięcie w kiciu na kilkadziesiąt lat).

Po drugie archetypiczni wręcz bohaterowie odwołują się do znanych nam schematów. Przez to mamy pewne podejrzenia, czego można się po nich spodziewać, mimo to ich postępowanie zwykle nas zaskakuje. Paradoksik, prawda? Ale to paradoksik, na którym powinny opierać się dobre filmy – na bohaterach możliwych do zrozumienia przez przeciętnego widza, nie nazbyt wysublimowanych, ale też nie prostackich. Takie postacie dają nam satysfakcję, bo możemy wtedy zrozumieć ich decyzje i postępowanie, a zakończenie nie pozostawia nas z mętlikiem w głowie i głupim wyrazem twarzy.

Moje „po trzecie” składa się z pozostałych właściwości tego filmu – muzyki, ujęć, gry Morgana Freemana, Tima Robbinsa i reszty czy faktu, że mimo upływu lat „Skazani na Shawshank” nie zdążyli się zestarzeć ani wizualnie, ani merytorycznie. Ich seans pozostawił mnie z uczuciem dobrze spędzonego wieczoru, zakończenie uszczęśliwiło moje wewnętrzne pragnienie happy endu, a przy okazji przypomniałam sobie, że „klasyka kina” wcale nie jest wyrażeniem synonimicznym do „nudy na pudy”. Dzięki temu nabrałam na nowo chęci i motywacji do nadrabiania zaległości i pracowitego zmywania z siebie hańby „filmowego prawiczka” – tyle mam jeszcze do obejrzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *