Spełnienie marzeń – Studio Accantus Symfonicznie w Bielsku-Białej!

accantus bielsko

Gasną światła. Na salę wchodzi jedenaścioro solistów – ludzi, których uwielbiam i na których popisy wyczekuję co środa. I się zaczyna.

Moje ukochane Studio Accantus zawitało wreszcie do Bielska. Cudem dowiedziałam się o tym jako jedna z pierwszych i udało mi się upolować bilety, które podobno rozeszły się błyskawicznie, bo… w dwie godziny. Tyle też trwał ten przepiękny koncert.

Ciemności sali koncertowej rozświetliły pierwsze dźwięki „Kręgu życia” i już wtedy wiedziałam, że szykuje się niezapomniany wieczór. Piosenki z animacji i musicali w wykonaniu solistów Studia Accantus i Bielskiej Orkiestry Festiwalowej okazały się jeszcze piękniejsze niż ich pierwowzory. Nabrały też jeszcze większej wartości niż covery co tydzień pojawiające się na kanale na YouTube. Wykonywane na żywo przy bogatym akompaniamencie bawiły, wzruszały i zachwycały jak nigdy dotąd, a ja na zmianę masowałam obolałe od uśmiechu policzki i ocierałam wilgotne oczy. Nie zabrakło wątków komediowych, było też refleksyjnie, smutno i radośnie na przemian. Każdy fan Accantusa mógł usłyszeć przynajmniej jedną ze swoich ukochanych piosenek – genialnych popisów solowych na miarę „Lune” i „Konfrontacji”, błyskotliwych duetów jak „Wcale nie, ależ tak” i „Och, jak źle” oraz przyprawiających o dreszcze zbiorówek w stylu „Tanga Roxanne” i „Bluzwis”. Osobną kategorią były dla mnie utwory z „Króla Lwa”, które zdominowały koncert – przysłuchując się im miałam wrażenie, że to wyższy poziom muzycznego wtajemniczenia, a Hans Zimmer stworzył ponadczasowe genialne dzieło. Kiedy do tego doszły świetne wokale – podczas każdego utworu przeżywałam ekstazę.

Swoją drogą z tego jednego koncertu ja zrobiłabym trzy. Już sam występ Bielskiej Orkiestry Festiwalowej pod batutą Tadeusza Wicherka byłby świetny, bo nieczęsto mam okazję słuchać takiej ilości instrumentów na żywo, a coraz bardziej mnie to bierze. W drugiej turze posłuchałabym solistów z Accantusa choćby a capella, bo w przeciwieństwie do niektórych wielkich gwiazd na żywo śpiewają równie dobrze, co podczas nagrań w studio. A na koniec tylko bym sobie na nich popatrzyła. Na dającą czadu Karolinę Warchoł, na rozwalonego na scenie Pawła Izdebskiego, na świetnie się bawiących Zuzię Makowską i Kamila Ziębę. Na pląsającego Wiktora Korszlę, na Sylwię Banasik o anielskim głosie i takimż wyglądzie, na Kubę Jurzyka, dla którego przyszła połowa dziewczyn (ja trochę też…). Na kobietę z pazurem, czyli Natalię Piotrowską, na Pawła Skibę i Ewę Łobaczewską, którzy z pewnością jeszcze niejeden raz nas zaskoczą. No i na Adriana Wiśniewskiego, na którego recital będę musiała zapolować, bo jeszcze mi go mało.

Ze względu na tych wspaniałych ludzi Studio Accantus zyskało sobie rzesze nastoletnich fanów, a z autopsji wiem, że muzyczna miłość nastolatka jest ogromną siłą pochłaniającą czas i energię, ale również dającą niesamowite emocje. Dlatego też nie pozwoliliśmy im tak po prostu zejść ze sceny i klaskaliśmy do upadłego. Dopięliśmy swego, bo po standardowej gadce pana reżysera Bartka Kozielskiego zespół zagrał i zaśpiewał „Królów świata”. A my z nimi.

 

Trudno będzie mi wrócić teraz do YouTuba.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *