Amerykańskością tchnące pranie brudów – „Wielkie wesele”

Missy i Alejandro wreszcie postanowili się pobrać, ale w najgorszych koszmarach nie spodziewali się tego, jaką ich wesele stanie się katastrofą. A wszystkiemu winna jest rodzina. Przybrani rodzice Alejandro Don i Ellie są rozwiedzeni, odkąd Don związał się z Bebe – najlepszą przyjaciółką Ellie. Choć Alejandro dobrze układa się z całą trójką, jest jeszcze problem jego biologicznej matki, zagorzałej katoliczki, która oddała syna do adopcji, by umożliwić mu lepszy start w życiu. Don i Ellie są więc gotowi udawać zakochanych po uszy – a z tego muszą wyniknąć kłopoty. Do dodatkowych atrakcji należą także oryginalna matka Missy o wszystko mówiącym imieniu Muffin oraz rodzeństwo Alejandro – Jared – prawiczek czekający na wielką miłość, Lyla, która ma problemy z chłopakiem i nie może wybaczyć ojcu zdrady sprzed lat oraz Nuria – biologiczna siostra Alejandro, która przyjechała, by poznać Amerykę i zaznać wolności.

„Wielkie wesele” to wizja rodem z koszmaru narzeczonych. Staje się wszystko to, czego ludzie w takiej chwili chcieliby uniknąć – od kłótni aż iskrzy, problemy osobiste przybierają na sile, a na światło dzienne wychodzą wszystkie rodzinne brudy, tajemnice, zdrady, zboczenia i nieprzyzwoitości. Nie jest tajemnicą, że to wytarty, acz sprawdzający się materiał na komedię romantyczną, więc ten pomysł prędzej czy później musiał przerodzić się w film.

No tak, koncept był niezły, ale co z wykonaniem? Smutna wiadomość jest taka, że „Wielkie wesele” pełne jest amerykańskiego wulgarnego humoru, amerykańskich zboczeń, amerykańskich stereotypów i amerykańskiej prostoty, by nie rzec – prostactwa. „Wielkie wesele” wydobywa wszystkie najgorsze amerykańskie grzeszki i przewinienia, z którego to powodu zostaje daleko w tyle za błyskotliwymi i kulturalnymi komediami brytyjskimi. Amerykańskość „Wielkiego wesela” skutkuje tym, że całość jest beznadziejnie prymitywna, opiera się na ujawnianiu kolejnych ciekawostek, kto z kim spał i kończy się w zamierzeniu ckliwym happy endem. Co więc robi tutaj taka obsada?

Weterani kina w postaciach Robina Williamsa, Diane Keaton, Susan Sarandon i Roberta De Niro w moim odczuciu trochę się ośmieszyli, zniżając się do tego poziomu. Ani nie mieli szans się jakoś specjalnie wykazać, ani nie dostarczyli innym rozrywki, bo patrzenie na ich wygłupy troszkę bolało. Reprezentanci młodszego pokolenia raczej też nie zagrali tu ról swojego życia i szczerze wierzę, że Amandę Seyfried, Bena Bernesa, Katherine Heigl i Tophera Grace stać na znacznie więcej. Myślę, że kwestię obsady w „Wielkim weselu” najlepiej podsumował jeden z użytkowników Filmwebu, pisząc „dobrzy i znani aktorzy w dennym filmie”…

To zawsze jest bolesne, zwłaszcza kiedy ogląda się coś ze względu na obsadę. Wierzcie mi, przy „Wielkim weselu” przeżywa się kryzys takiej filozofii, bo w tym przypadku nazwiska wcale nie gwarantują rozrywki na poziomie. A szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *