„Tej historii bieg stary jest jak świat” – „Piękna i Bestia”

Dawno, dawno temu żył młody  książę, który za swoje okrucieństwo został zamieniony w bestię. Cały jego zamek ogarnęły ciemności, a służba stała się sprzętami domowymi. Klątwę zdjąć mógł tylko sam książę w momencie, gdy nauczyłby się kochać i zasłużył na czyjąś miłość, ale lata mijały, a sytuacja mieszkańców zamku się nie zmieniała. Promyczkiem nadziei stało się dla nich przybycie Belli, inteligentnej, oczytanej i wrażliwej dziewczyny, która została więźniem Bestii, by chronić ojca. Otoczona życzliwymi sprzętami Bella z czasem zaczęła oswajać Bestię. Czas mijał, zaklęty książę stopniowo zakochiwał się w Belli, w służbie odżywała nadzieja na powrót do ludzkich form, ale Bella, choć wydawała się być szczęśliwa, bardzo tęskniła za ojcem. Bestia uwolniła ją, ale pozwalając odejść ukochanej, naraziła cały zamek na atak rozjuszonych tłumów wieśniaków prowadzonych przez odrzuconego zalotnika Belli.

Byłam przekonana, że nic nie zastąpi disneyowskiej animacji z 1991 roku, która jest synonimem mojego dzieciństwa i do dziś pozostaje moją ukochaną animacją. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość o pracach Disneya nad wersją live-action, miałam jednak świadomość, jak bardzo ta piękna baśń o syndromie sztokholmskim mogła zostać zepsuta: po pierwsze boleśnie pamiętam francuską wersję z 2014 roku, po drugie reżyserią zajął się Bill Condon, który w swoim CV ma między innymi finał wampirzej sagi „Zmierzch” – sami widzicie, to mogła być katastrofa! Przed wyjściem do kina byłam więc kłębkiem nerwów, ale półgodzinny blok reklamowy i kubeł karmelowego popcornu pomogły mi trochę ochłonąć.

„Piękna i Bestia” bardzo mi się spodobała – po prostu, zwyczajnie cieszyło mnie to, co widziałam i słyszałam. Wiele scen było uroczym hołdem złożonym pierwowzorowi, ale charakterystyka bohaterów została znacznie pogłębiona i w filmie znalazły się elementy, które nie były potrzebne do szczęścia nieletnim widzom animacji. Wyjaśniono pewne zagwozdki i nieścisłości, postacie zyskały przeszłość  i życie osobiste, a wokół głównego nurtu fabuły narosło sporo nowych kontekstów, które jednak nie zaburzały spójności czy dynamiki akcji. Przeniesienie animowanych charakterów na aktorów nadało im głębi i autentyczności, łatwiej też było się zainteresować ich działaniami i utożsamiać z nimi. Z tego powodu końcowa sekwencja wymierającego zamku po prostu wyciskała łzy z oczy.

Dużym wyzwaniem były efekty specjalne. Płomyk, Trybik i reszta sprzętów dość znacząco różniły się od pierwowzorów, mimo to nadal były urocze i wdzięcznie zaanimowane. Autentycznie zachwyciła mnie natomiast Bestia. Nie chodzi o to, że odzwierciedliła jakieś moje wyobrażenia czy szczególnie podobało mi się jej futerko, minimalnie irytowały mnie wątki komediowe mające ją oswoić widzowi (co nie było wcale potrzebne). O geniusz zakrawał natomiast fakt, że za tymi kłami i rogami rzeczywiście był widoczny grający Bestię Dan Stevens. Goście od efektów specjalnych sprawili, że Bestia mówiła i poruszała się jak on i w jakiś sposób była nawet do niego podobna, choć przecież tak inna – jeśli to nie są dobre efekty specjalne, to sama nie wiem, jak mają wyglądać, bo właśnie czegoś takiego oczekuję.

Także kompozytor Alan Menken nie próżnował – piosenek trochę przybyło, kilka zostało zmienione, ale główne motywy muzyczne w nowej aranżacji aż ściskały za serce, takie były piękne. Wydaje mi się, że dobrze zrobiłam, wybierając wersję z napisami zamiast dubbingu, bo polskie dialogi i piosenki są trochę beznamiętne pod względem interpretacji aktorskiej. Z drugiej strony polscy tłumacze odwalili kawał dobrej roboty, bo ścieżka dialogowa pełna jest smaczków i żarcików, których nie było w animacji z 1991 roku.

No i wreszcie obsada, której lepiej bym sobie nie wymarzyła. Emma Watson została chyba stworzona do roli Belli, która w jej wykonaniu musiała chwilami przypominać Hermionę, dzięki czemu na nowo nabrała charakterku. W gruncie rzeczy to była nieszczęśliwa dziewczyna, czego nie było widać w animacji – Emma Watson sama jest pełna takiego dojrzałego smutku, więc bardzo ładnie oddała głębię psychologiczną swojej postaci. Dana Stevensa także uważam za trafiony wybór. Tak jak napisałam wyżej, fantastyczne było to, że był widoczny mimo futra, spełniał też moje oczekiwania księciunia. Troszkę szkoda, że jako Bestia miał zmieniony głos, ale dzięki temu lepiej widoczne były momenty, kiedy w jego postaci mimo wszystko przeważał pierwiastek ludzki – mówił wtedy delikatniej i brzmiał „po swojemu”. Gwiazdą mimo wszystko był jednak Luke Evans, który w roli Gastona czuł się tak naturalnie, jak gdyby cała postać wymyślona została z myślą o nim, a partnerujący mu Josh Gad wydobył z roli LeFou autentycznego człowieka, a nie tylko śmiesznego głuptaska. Poza tym cieszyła obecność całej rzeszy znanych i lubianych aktorów, przez większość filmu ukrytych w gadających świecznikach, imbrykach i szafach. Byli to między innymi Ewan McGregor, Ian McKellen, Emma Thompson, Stanley Tucci czy Audra McDonald, a aby ich docenić, trzeba było obejrzeć wersję z napisami.

Cóż chcieć więcej? „Piękna i Bestia” przy całym moim sentymencie do disneyowskiej animacji po prostu mnie oczarowała, może właśnie dlatego, że poszerzyła i zmodyfikowała trochę historię i biografię bohaterów, ale w sposób wiarygodny, niezbyt ryzykowny oraz z szacunkiem dla pierwowzoru i widza. I chociaż byłam w kinie zaledwie wczoraj, już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła nabyć drogą kupna płytę i cieszyć się nią w domowym zaciszu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *