Zanim gwiazda „Igrzysk śmierci” dorosła – „Most do Terabithii”

Jess i Leslie są outsiderami, każde na swój sposób. Jess ma talent plastyczny, ale w szkole jest obiektem kpin i szyderstw kolegów. Leslie jest nowa, ma bujną wyobraźnię i w biegach prześciga nawet najszybszych chłopaków. Tych dwoje połączy przygoda w magicznej krainie Terabithii wymyślonej przez Leslie.

W „Moście do Terabithii” początkowo nie ma niczego nowego – wątek początkowej niechęci i późniejszej przyjaźni na dobre i na złe, szkolnych stalkerów pastwiących się nad słabszymi, ucieczki w krainę wyobraźni… Film ma jednak tak sympatyczny charakter, że nie przeszkadza mi ewentualne powielanie schematów, których wraz z rozwojem akcji zdecydowanie ubywa. Myślę, że „Most do Terabithii” można podzielić na trzy etapy. Pierwszy wiąże się z tym, co opisałam powyżej, ale to wszystko służy jako punkt wyjścia do etapu drugiego, pełnego magii i fantastycznych wydarzeń. Wreszcie nadchodzi etap trzeci, który dla widza jest szokiem – zapewniam Was, nikt nie spodziewa się takiego zwrotu akcji. W tym momencie spadamy z obłoków, boleśnie uderzając o twardą ziemię, jakby na przekór wymyślonej przez Leslie magicznej krainie przekonujemy się o tym, jak ulotne i przykre bywa życie. Zakończenie nie jest jednak przygnębiające, wręcz przeciwnie, na nowo napawa optymizmem i prostą radością dzieci uciekających w krainę wyobraźni – i to jest piękne.

Bardzo dobrze oglądało się te dzieci – AnnaSophia Robb i Bailee Madison były urocze, ale to na Josha Hutchersona mimowolnie najczęściej zwracałam uwagę. Stał się popularny później, dzięki „Igrzyskom śmierci” i wszyscy kojarzą go już jako krępego blondyna u boku Jennifer Lawrence, ale w „Moście do Terabithii” był jeszcze chłopcem. Świadomość tego, kim teraz jest, dodaje seansowi sentymentalnego wydźwięku. Bo może i nie wybija się z tłumu produkcji familijnych, ale trzeba przyznać, że efekty specjalne jak na film, który ostatecznie nie zdobył większego zainteresowania, są baśniowo urokliwe i nic w nich nie razi.

No właśnie, właściwie dlaczego „Most do Terabithii” nie zdobył większego zainteresowania? Mam co do tego pewne podejrzenia: to film aktorski, ale grupą docelową się raczej dzieci – o ile dobrze pamiętam, w podstawówce wolałam kreskówki. Z kolei rodziców oglądających ten film pewnie mocno drażni polski dubbing, ale ze względu na swoje pociechy nie mogą włączyć napisów – i błędne koło się zamyka, nikt nie jest zadowolony i nie ma ochoty wrócić do tego filmu. A szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *