„Hamilton” – to nie mogło być lepsze!

Urodzony na Karaibach Alexander Hamilton szybko zostaje sierotą. Dzięki uśmiechowi losu ma szansę na wyjazd do Ameryki, która wkrótce buntuje się przeciwko zwierzchnictwu Wielkiej Brytanii. Hamilton zostaje wtedy sekretarzem samego George’a Waszyngtona, który po wojnie mianuje go sekretarzem skarbu w pierwszym amerykańskim rządzie. W tym czasie Hamilton tworzy dolara amerykańskiego, zakłada Bank Centralny i zapisuje się w historii, by potem prędko zaginąć w jej odmętach.

Wykopał go z nich na dobre dopiero Lin-Manuel Miranda. Po przeczytaniu baaardzo obszernej biografii Hamiltona stworzył genialny musical o jego życiu i dokonaniach. Postać z dość zamierzchłej przeszłości zyskała emocje, motywację i ambicje, a facet, z którego biografii na Wikipedii wynika, że miał okropnie nudne i upolitycznione życie, zrobił się nagle bardzo interesujący. No dobra, dostałam na jego punkcie bzika, bo urzekło mnie to, jak muzyka zbudowała jego osobowość. Alexander Hamilton śpiewający głosem Mirandy o wolności, miłości, ambicjach i celach stał się kolejnym ucieleśnieniem bohatera wielowarstwowego, lecz tragicznego, a przez to pociągającego za sobą tłumy.

Na dowód tych „tłumów” pozostaje mi tylko przytoczyć szał i nową modę zapoczątkowaną przez „Hamiltona” w Stanach Zjednoczonych. Musical sprawił, że młodzi Amerykanie żywo zainteresowali się historią swojego kraju, a starsi wygrzebali z pamięci „tego gościa z banknotu dziesięciodolarowego”.

Ale właściwie dlaczego tak się stało? Chociaż Broadway jest istotnym elementem amerykańskiej kultury, nie każdy musi przecież kochać klasyczne, słodkie musicale. „Hamilton” jest inny i w tym leży jego piękno – łączy elementy hip-hopu z harmonijnym chórem, dynamizm z lirycznością, charakterystyczne głosy ze świetną muzyką. Obsada z samym Mirandą na czele nadaje postaciom niezwykłą wyrazistość, stapia się z nimi, a słuchając ich śpiewu mogę tylko pomyśleć, że tego nie dało się zrobić lepiej.

A ja? Słucham „Hamiltona” już trzeci miesiąc z rzędu. Prawie codziennie. Zdarza mi się rapować pod prysznicem (sic!), dowiedziałam się niemalże wszystkiego o Alexandrze Hamiltonie, śledzę poczynania Mirandy (a poczyna sobie wcale nieźle!) i puszczam „Hamiltona” każdemu, kto okaże choćby cień zainteresowania. A skoro już to czytacie – czemu nie skusicie się, żeby także posłuchać?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *