Film sinusoidalny – „Quo vadis”

Dla tych, którzy zaniedbali Sienkiewicza: za czasów panowania Nerona do Rzymu przyjeżdża młody Marek Winicjusz, który zakochuje się w Ligii. Dziewczyna jest jednak chrześcijanką i nie chce zostać nałożnicą przystojnego, acz gwałtownego patrycjusza. Winicjusz podczas próby jej porwania zostaje ranny, przebywając w domu chrześcijan doznaje ich troski i opieki i wkrótce przyjmuje wiarę w Chrystusa. Rzym Nerona jest jednak miastem niebezpiecznym, szalony władca postanawia spalić miasto, a winą za pożar obarcza chrześcijan. Wtedy zaczynają się prześladowania, w których zginąć może także Ligia. Winicjusz z pomocą wuja Petroniusza nie może do tego dopuścić.

W rzeczywistości znacznie spłyciłam fabułę „Quo vadis”, bo nie sposób w kilku zdaniach opisać wszystkich postaci i wątków tej przebogatej powieści. To także moja ukochana lektura, trudno jest mi zatem być obiektywną, ale…

Poświęciłam ostatnio trochę czasu na obejrzenie ekranizacji „Quo vadis” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza i mam mieszane uczucia. Ten film jest zlepkiem rzeczy świetnych i beznadziejnych i gdyby go jakoś uśrednić, może byłby dobry. Ostateczna forma przypomina mi sinusoidę – raz jest świetnie, raz coś poważnie nawala.

Zacznijmy od samej formy: nie ukryje się fakt, że ten film po prostu musiał zostać zrobiony z niesamowitym rozmachem i właśnie w tym tkwi problem. Nie będę krytykowała spontanicznego pożaru Rzymu, który kręcono na chybcika, bo dekoracje zajęły się ogniem. Skrytykuję za to chętnie szczegóły, które bardzo rażą uważniejszego widza: kiepski montaż wydarzeń z areny, dubbing (że co proszę???) jednego z żołnierzy czy koszmarny filtr podczas nocnego zgromadzenia chrześcijan – serio, kto w to wierzy? Niby nic znaczącego, a jednak ja czuję się nieszanowana jako widz, gdy oglądam coś takiego.

Muzyka była w porządku (brawa za piosenkę „Quo Vadis, Domine?” Michała Bajora), dialogi może nie genialne, ale nie raniły uszu , a dekoracje staranne, choć paliły się jak… papier?

Obsada – tutaj dopiero były kontrasty! Były role słabe (Rafał Kubacki jak Ursus), były może nie do końca dopasowane (Magdalena Mielcarz jest chyba troszkę zbyt współczesna jak na delikatną Ligię, tu trzeba było takiej Zosi z „Pana Tadeusza”), były też role w porządku, ale bez fajerwerków (Paweł Deląg jako Winicjusz – przynajmniej było na co patrzeć). Były też role świetne. Krzysztof Majchrzak i Michał Bajor ścigali się we wspólnych scenach, ale żaden nie wysunął się na prowadzenie, bo zarówno okrucieństwo Tygellina, jak i szaleństwo Nerona zagrano brawurowo. Wszyscy chwalą też Jerzego Trelę za rolę Chilona, ale moimi ulubieńcami pozostaną odtwórcy ról Petroniusza i świętego Piotra. Bogusław Linda zagrał po prostu genialnie, uwielbiam śledzić niuanse przemykające po jego twarzy, kiedy wygłasza jakąś kąśliwą uwagę. A kochany Franciszek Pieczka… Dla mnie wystarczy, że jest, a kiedy się odezwie, po prostu się bezwiednie uśmiecham.

Sami więc widzicie, że mam ambiwalentny stosunek do tego filmu. Z jednej strony zawiodła technologia i ludzie, z drugiej jest parę jasnych punktów. Chciałabym go polubić, ale nie mogę nie zauważyć sztuczności charakteryzacji czy montażu.  A może nie potrafię po prostu wyprzeć faktu, że zawiodła mnie ekranizacja mojej ukochanej powieści?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *