Muzyczne podsumowanie A.D. 2016

Dobiega końca kolejny rok, który pod wieloma względami – kulturalnymi, politycznymi, ekonomicznymi, globalnymi – można nazwać najgorszym. Początkowo chciałam upamiętnić tych wszystkich znanych i lubianych, którzy odeszli w tym roku – Alana Rickmana, Andrzeja Wajdę, Davida Bowie, Leonarda Cohena, Harper Lee, George’a Michaela, Carrie Fisher… Lista jest zbyt długa, a sam jej odczyt przygnębia mnie za bardzo, by coś więcej napisać. Ten rok był straszny, więc idę pogrążyć się w rozpaczy, pa, trzymajcie się jakoś.

No dobra, mimo tego nie było tak totalnie tragicznie, bo w 2016 znacząco poszerzyłam swoje horyzonty muzyczne w wielu dziedzinach.

Po pierwsze troszkę pogrzebałam w muzyce klasycznej – sama siebie nie poznaję! Przypuszczam, że pchnęło mnie ku temu sumienie szepczące, iż skoro chcę uchodzić za osobę wyedukowaną i obytą, powinnam kojarzyć przynajmniej klasyczne kawałki klasyczne – czyli podstawę.

Po drugie nadal jestem poważnie pochłonięta muzyką filmową i ciągle natykam się na kolejne perełki dotąd ukrywające przede mną swe wdzięki. Nie myślcie sobie, że zwykle muzyka bierze mnie podczas oglądania filmów – ulegam coraz częściej zasobom Youtuba i pogrążam się w utworach pochodzących z filmów, o których zaledwie słyszałam (albo i nie). W ten sposób naturalna kolej rzeczy w moim przypadku się odwraca i robi się… nienaturalna?

Po trzecie: musical. Postanowiłam zgłębić temat i zaczęłam dostrzegać ogromną różnorodność, jaka mieści się w tym gatunku. Odkryłam epickie „Les Miserables”, niezliczoną ilość razy przesłuchałam świetne „Wicked”, odrzuciłam natomiast „Tajemnice lasu” i „Sweeney’a Todda”, nie udało mi się też zachwycić „Miss Saigon”. W ostatnim miesiącu natrafiłam na prawdziwy skarb, łączący w sobie tyle pozornie sprzecznych elementów. To „Hamilton”, musical święcący w Stanach swój ogromny sukces, o którym zamierzam jeszcze coś ciekawego napisać.

Po czwarte moi starzy znajomi wciąż tworzą. Ten rok to dla mnie powrót zarówno Piotra Rubika, jak i Bon Jovi. Bardzo cenię sobie tych panów, a ich muzyka pomimo upływu lat nie zawodzi, nie tracąc swojego charakteru.

Po piąte podtrzymuję nadal kontakty z tymi troszkę młodszymi znajomymi. Niezmiennie uwielbiam słuchać jedynego albumu nagranego przez George’a Ezrę, a Studio Accantus co tydzień dostarcza mi nowej radości – w tym roku najbardziej spektakularne było „Marzenie mam”, „Jeden z nas”, „Pokonać grawitację” i „Królowie świata”, co, nie ukrywam, też w jakiś sposób motywuje mnie do dalszych muzycznych poszukiwań.

I wreszcie po szóste – nadal grzebię w zasobach Youtuba i ciągle odkrywam nowe, piękne utwory i niezwykle utalentowanych wykonawców. Nie sposób wspomnieć wszystkich: Collabro, Kurt Schneider, One Voice Children’s Choir, Pentatonix, Home Free, Jonathan Young, Musicality, BYU Men’s Chorus i wielu, wielu, wielu innych. Mogę tylko obiecać, że będę się dzieliła na cooolturce tymi, którzy najbardziej przypadli mi do gustu.

A w Nowym Roku życzę Wam wielu ciekawych kulturalnych doznań oraz czasu, by się nimi cieszyć :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *