Nie uratowała go nawet obsada – „Siódmy syn”

Stracharze zajmują się tępieniem czarownic i potworów. Ostatni z nich szuka następcy – musi to być wyjątkowo uzdolniony siódmy syn siódmego syna. W ten sposób na naukę do niego trafia młody Tom Ward. Jednak niebawem władzę nad światem spróbuje przejąć najpotężniejsza z czarownic – Mateczka Malkin, a zadaniem stracharza i Toma jest jej pokonanie. Całą sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że Tom zakochuje się w młodej czarownicy, która jest siostrzenicą Mateczki Malkin.

Miałam nadzieję na kawałek przyzwoitego fantasy. „Siódmy syn” jednak nie został nakręcony całkiem serio i to go pogrążyło. Twórcom nie udało się powstrzymać brawury, pod wpływem której wiele niezłych filmów straciło powagę na tyle, że sporej części widzów zaczęło to przeszkadzać. Tak właśnie poległ „Hobbit”! A to, że pomysł na postać stracharza po naszym rodzimym Wiedźminie nikogo już nie zachwyca, to całkiem inna sprawa…

„Siódmemu synowi” zabrakło jednocześnie dynamiki – zarówno akcji, jak i postaci. Doszło do tego, że najmniej nielubianą przeze mnie postacią była Mateczka Malkin, bo stracharz był po prostu starym zgredem, a Tom pacholęciem bez charakteru. Winą za to obarczam też obsadę. Niestety cztery dobre i bardzo dobre nazwiska nie dały rady uratować tego filmu. Julianne Moore zagrała po raz kolejny tzw. zimną sukę, co niby dobrze jej wychodzi, ale ileż można powielać ten sam schemat. Jeff Bridges wypadł słabo, jakby nie chciało mu się otwierać ust czy wydobyć jakiejkolwiek głębi ze swojej postaci. Obiecująca Alicia Vikander rolą młodej czarownicy nic nie wniosła do rozwijającej się kariery. Bardzo zasmucił mnie Ben Barnes – pomijam już fakt, że facet w wieku 35 lat nadal grywa chłopaczków – ale robi to z coraz mniejszym zainteresowaniem i od czasu „Opowieści z Narnii” i „Doriana Graya” po prostu nie grywa w ciekawszych filmach. Mam nadzieję, że jeszcze znajdzie się dla niego jakaś dobra rola w szanowanym filmie, bo chciałabym kiedyś pokazać moim dzieciom dobry film i móc im z dumą powiedzieć „Patrzcie dzieci, ten pan to Ben Barnes , mamusia się w nim kochała, jak była młoda”. Ech, bardzo lubię na niego patrzeć, nie lubię za to patrzeć, jak się facet marnuje.

Mój matematyk najlepiej podsumowałby ten film: „o Jezu, słabo to poszło!”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *