Filmowe sceny, podczas których pocą mi się oczy

Jestem miękkim egzemplarzem widza i to żadna tajemnica. Bardzo łatwo jest mnie wyprowadzić z równowagi – wystarczy jedna linijka tekstu lub rzewna muzyczka, żebym potrzebowała kartonu chusteczek. To tylko przekonuje mnie ostatecznie, że nie jestem jeszcze tak cyniczna jak niektórzy twierdzą.

Są jednak momenty, które wyjątkowo mnie wzruszają, nieważne, że soundtrack znam na pamięć (nieomalże od tyłu), a film oglądam po raz nasty, więc nie ma mowy o elemencie zaskoczenia – po prostu stałym punktem programu jest pochlipywanie na tej czy innej scenie. Poniżej znajdziecie wybór kilku takich momentów – uważajcie na spojlery, bo w tym przypadku to nieuniknione.

1)      „O Kapitanie, mój Kapitanie!”

„Stowarzyszenie umarłych poetów” jest świetnym filmem, co do tego nie ma wątpliwości. Perypetie nastoletnich chłopców, którzy uczą się kochać poezję, są dla mnie wprost hipnotyzujące, ale to postać ich nauczyciela granego przez wspaniałego Robina Williamsa zachwyca najbardziej. Scena pożegnania wyzwala we mnie rozpacz porównywalną chyba tylko z odczuciami samych bohaterów.

2)      „Always”

Alan Rickman w roli potterowskiego czarnego (jak się wydawało) charakteru niezaprzeczalnie intrygował. Kiedy jednak prawdziwa historia Snape’a wyszła na jaw, stał się on postacią powszechnie kochaną i opłakiwaną. Także śmierć samego Alana Rickmana przyjęto z powszechną rozpacza. Człowiek, który wykreował taką postać, nie mógł odejść niezauważony.

3)      Carl i Ellie

Jak przystało na animację Pixara, „Odlot” nie służy głównie rozrywce. Film, choć później przeradza się w przygodówkę, przez pierwsze minuty opowiada wzruszającą historię Carla i Ellie, którzy najpierw jako dzieci wspólnie się bawią i marzą o podróżach, a w dorosłym życiu zostają małżeństwem i wspólnie przeżywają wiele trosk. Dalszej historii mogłoby już nie być.

4)      „Jeszcze jedną osobę”

Lista Schindlera” jest jednym z tych ważnych, ciężkich filmów, które każdy powinien zobaczyć. Końcowe sceny ze skrzypcowym akompaniamentem i niesamowitą grą Liama Neesona są tak przejmujące, że tylko kamień nie tonąłby we łzach.

5)      „Być bliżej Ciebie chcę…”

To nic nowego, że na „Titanicu” pochlipują wszyscy, nawet ci, którzy szczerze nienawidzą tego filmu. Mnie jednak bardziej od nieszczęśliwej miłości Leo i Kate/Jacka i Rose wzrusza moment, kiedy orkiestra zaczyna grać utwór „Nearer, my God, to Thee”, znany u nas jako „Być bliżej Ciebie chcę”.

6)      „Cześć, tatusiu”

Los George’a Junga przedstawiony w biograficznym „Blow” po wielu zawirowaniach jest ostatecznie po prostu przejmująco smutny, a jego miłość do córeczki ukazana zwłaszcza w końcowej scenie chwyta za serce.

7)      Szara Przystań

Pożegnanie hobbitów wieńczące trylogię „Władca pierścieni” zawsze oglądam pociągając nosem – przywiązanie bohaterów widać gołym okiem, a ich emocje zostały tak pięknie zagrane. I jak tu nie płakać razem z nimi?

8)      „Tato, no chodźmy!”

No dobra, na Disney’u też beczę. W przypadku „Króla lwa” niemałą rolę odgrywa muzyka Hansa Zimmera, ale śmierć Mufasy jest brutalnym testem dla moich gruczołów łzowych. Pocieszający może być fakt, że nie tylko dla moich.

Oczywiście moje filmowe szlochy nie kończą się na tych ośmiu scenach, ale to już całkiem inna sprawa…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *