Nareszcie to ma sens – „Makbet”

Historię Makbeta zna każdy, kto choć trochę uważał na lekcjach polskiego w liceum. Podpuszczony przez czarownice i podbechtany przez żonę zaczyna mordować, żeby zdobyć władzę, a kiedy ją zdobywa – morduje dalej, żeby ją utrzymać. Zabija też swojego przyjaciela, a w międzyczasie jego żona popełnia samobójstwo, nękana wyrzutami sumienia. Koniec pieśni, trup gęsto się ściele, w końcu to szekspirowska tragedia.

Dlatego też tłum licealistów zagoniony do kina na najnowszą ekranizację „Makbeta” w reżyserii Justina Kurzela daleki był od ekscytacji. Słyszałam głosy w stylu „to podobno kiepski film”, ludzie zgodzili się na to tylko, żeby przepadły lekcje. Starałam się nie słuchać tego, co mówią i nastawić się jakoś pozytywnie do filmu. W końcu powszechnie wiadomo, że Szekspir był świetnym scenarzystą.

„Makbet” jednak okazał się genialny, choć nie wszystkim mógł się podobać. Mgliste kadry przeplatały się z pięknymi widokami, niepokojąca muzyka Jeda Kurzela genialnie podkreślała dramatyzm sytuacji. Realizm przerażał, a fragmenty w slow motion budowały napięcie. Szekspirowska sztuka odczytana na nowo stała się fascynująca. Film autentycznie wciągał i pozwalał zapomnieć o Bożym świecie, mimo że wcale nie był łatwy i przyjemny.  Ale przede wszystkim przyniósł zrozumienie postaci, którego nie zdobędzie się tylko czytając sztukę.

Makbet stał się namacalnym bohaterem z krwi i kości, początkowo wrażliwym i honorowym, potem niszczony przez własną męską ambicję i okrucieństwo. Zrozumiałam też Lady Makbet, która po śmierci dziecka była spalona jako kobieta i nie miała już nic do stracenia, a mogła dużo zyskać pomagając mężowi dojść do władzy. Początkowo to ona była „tą złą” namawiającą męża do zbrodni, przez ułamek sekundy byli partnerami w morderstwie, choć podczas zabójstwa Dunkana to Lady Makbet nadal sterowała tym tandemem. W którymś momencie jednak Makbet stał się bezwzględny i okrutny, po prostu zerwał się żonie ze smyczy. Jakby w tym małżeństwie była określona ilość zła, które przelewało się z Lady Makbet w jej męża, im ona była silniejsza, tym on słabszy, i vice versa.

Po przeczytaniu tragedii tego nie czułam, czyż nie warto było obejrzeć film, by pojąć mechanizm postaci, które powstały w głowie Szekspira paręset lat temu?

Koniecznie pochwalić trzeba obsadę. Wymienianie nazwisk byłoby żmudne i nic by nie mówiło, ale w zasadzie tak by należało zrobić, bo „Makbet” został zagrany świetnie, a duet Marion Cotillard – Michael Fassenbender powala na kolana. To właśnie dzięki tej dwójce ich postacie zyskały głębię, a drążące ich szaleństwo było tak namacalne, że chociaż przerażało, jednocześnie w pewien dziwny niezdrowy sposób fascynowało widza.

Z powodu wszystkich wyżej wymienionych powodów jasne było dla mnie, że film zostanie obsypany nagrodami, spodziewałam się nominacji do Oscara dla Cotillard i Fassenbendera, za zdjęcia, charakteryzację, muzykę… A tu nic. Czyżby Akademia nie oglądała dobrych filmów…?

Chrzanić Akademię, film jest genialny i, no cóż, bądźmy szczerzy, niezdrowo fascynujący…

2 comments on “Nareszcie to ma sens – „Makbet”

  1. Jestem zachwycona Twoją opinią, tak zupełnie odmienną od mojej. Być może wynika ona z faktu, iż Szekspir ze swoją ‚tragiczną’ twórczością nie należy do kanonu moich ulubionych twórców. Prawdopodobnie to jednak znak, bym jeszcze raz pochyliła się nad tym dziełem i spojrzała na nie z innej strony? A nóż pojawi się coś na maturze…

    1. Szekspir może nam się bardzo przydać na maturze ;)
      A „Makbet” jako sztandarowa lektura licealna tym bardziej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *