Kiedy chłopak popada w złe towarzystwo, dzieją się straszne rzeczy… – „Dorian Gray”

Gdy Dorian Gray przyjeżdża do Londynu, by przejąć majątek po zmarłym dziadku, jest uosobieniem niewinności – przystojny i ujmująco uprzejmy, lecz nieśmiały w kontaktach z kobietami. Poznaje wielu ludzi zachwyconych jego pięknem, w tym malarza Bazylego oraz lorda Henryka słynącego z kontrowersyjnych poglądów, wśród których przoduje przekonanie, że z życia trzeba korzystać. Niestety Dorian mimo wszystkich swoich zalet ma jedną poważną wadę – jest podatny na wpływ innych, a Henryk tak go fascynuje, że młodzieniec ulega jego filozofii. Pierwszym grzechem Doriana staje się życzenie wypowiedziane podczas oglądania namalowanego przez Bazylego portretu. Wtedy właśnie chłopak po raz pierwszy popada w samozachwyt i wyraża życzenie, żeby na zawsze mógł pozostać piękny i młody, podczas gdy portret będzie starzał się za niego. Potem jest już tylko gorzej – podsycany przez lorda Henryka Dorian staje stałym bywalcem burdelu, zaczynają się grupowe orgie i wiele świństw, których zaczyna bać się nawet Henryk. Kiedy zakochana w Dorianie aktoreczka popełnia samobójstwo, chłopak wyjeżdża za granicę, żeby kontynuować hulaszcze życie. Wraca do Londynu po parudziesięciu latach owiany mroczną sławą, wszyscy jego znajomi postarzeli się, ale on nadal jest piękny i młody. Wtedy też nękany wyglądem swojego portretu, który odzwierciedla każde jego łajdactwo, zaczyna uświadamiać sobie to, czego dokonał. Zmienia go też miłość do córki Henryka, pięknej Emily, ale to już nie podoba się samemu Henrykowi…

Zaczęło się od uproszczonej wersji „Portretu Doriana Gray’a” Oscara Wilde’a po angielsku uskutecznionej w ramach samokształcenia. Wtedy spodobał mi się koncepcja postaci Doriana, więc sięgnęłam po pierwowzór, tym razem już po polsku. I poważnie się zawiodłam. „Dorian Gray” składał się głównie z filozofii lorda Henryka, grzeszny żywot Doriana był tylko dowodem na poparcie jego tez, a całokształt był szowinistycznie przyciężkawy. Na długo porzuciłam Doriana, jednak niedawno w empiku wyczaiłam na wyprzedaży film za jedyne 9,99. Z okładki patrzył na mnie Benio Barnes.

Przygryzłam wargę i odwzajemniłam spojrzenie.

Dalej się gapił.

Prymitywny chwyt marketingowy na samice.

Jasny gwint.

Kupiłam.

Teraz potrzebna była tylko okazja do obejrzenia. Nadarzył się babski wieczór w doborowym towarzystwie, idealny moment.  Gdybym oglądała „Doriana Graya” sama w ciemnym mieszkaniu, uciekłabym z krzykiem. Zamiast tego głośno komentowałyśmy to, co działo się na ekranie i to pozwoliło nam na zachowanie względnego spokoju. Film był… bardzo naturalistyczny, zwłaszcza orgie i wszelkie wybryki Doriana nakręcono bardzo dokładnie, z uwzględnieniem wszystkich szczegółów. Aż musiałam wyjść.

I uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy oglądam coś bliskiego horrorom. Teraz tak sobie myślę, że przecież nie potrafię recenzować horrorów, bo według mnie nie ma czego recenzować. Aż tak mroczne klimaty mnie nie ciągną, nie przepadam też za larwami i soczystym seksem na ekranie. Film niewątpliwie zrealizowany został dosadnie i może poważnie zniechęcić do zgaszenia światła po seansie. I o czym napisać, żeby zachować honor? O tym, że Ben Barnes jest baaaardzo w moim typie, już wiecie, na pewno wspomniałam też, że nie mam nic do Colina Firtha, który tutaj doskonale uwypuklił postać lorda Henryka tam, gdzie należało. Oprócz nich Ben Chaplin (Bazyli) i Rebecca Hall (Emily) pozytywnie zwracali na siebie uwagę.

W pamięć zapadły mi te skrajne twarze Doriana (których było mniej więcej tyle, co innego Greya) – najpierw nieśmiały uroczy młodzieniec (przyznaję się – wzdychałam), potem bestia zdolna nawet do zabójstwa, aby utrzymać przyczynę wiecznej młodości w tajemnicy, a na koniec zagubiony młody, choć niemłody mężczyzna, który uświadamia sobie, że jest potworem, a jednak potrafi kochać, taki bohater bajroniczny zdolny zarówno do miłości, jak i zbrodni. Najbardziej przerażające było jednak to, że przyczyną tego wszystkiego był nie tyle sam Dorian, co lord Henryk, który potem, kiedy własna filozofia zaczęła uwierać go w tyłek, chyłkiem się wycofywał. Chyba to właśnie miał na myśli Wilde zapełniając połowę książki wywodami tego cynika.

Nie wiem, czy wrócę jeszcze do Doriana. Książkę najprawdopodobniej odświeżę sobie w ramach akcji „Oleńka dorasta do lektur”, może spojrzę na nią inaczej niż parę lat temu. Film zapewne spocznie na dnie szuflady aż do dnia, kiedy stęsknię się za ciemną stroną Bena Barnesa, a wtedy może uda mi się jeszcze coś z tego wyczytać.

2 comments on “Kiedy chłopak popada w złe towarzystwo, dzieją się straszne rzeczy… – „Dorian Gray”

  1. Pamiętam, że czytałam „Doriana Gray’a”, gdy miałam jakieś 15, 16 lat (no dobra, często przeskakiwałam fragmenty z wywodami lorda Henryka) podczas zafascynowania opowiadaniami R. L. Stevensona (przykładowo „Doktorem Jekylla i Panem Hyde’a”), ale w przeciwieństwie do powyższych opowiadań nie przypadł mi do gustu. Filmu nie oglądałam i szczerze mówiąc nie mam zamiaru, ale recenzję jak zwykle przeczytałam z przyjemnością.
    Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *