Jak zmarnować potencjał – „Wróg u bram”

Na „Wroga u bram” czekałam już jakiś czas. Ktoś kiedyś mi go polecił, a i ja czułam do niego od początku jakiś pociąg. Film obejrzałam z poświęceniem, w środku tygodnia, z perspektywą wczesnego wstawania następnego dnia – byłam uparta, musiałam go zobaczyć!

Wasilij Zajcew jest młodym snajperem, który podczas bitwy o Stalingrad staje się wykreowanym przez radziecką propagandę bohaterem narodowym. Podczas walki w obleganym przez hitlerowców mieście zaprzyjaźnia się z komisarzem Daniłowem, a jego serce podbija uparta Tania. Oczywiście Daniłow też się w niej podkochuje, ale to najmniejszy kłopot. Wasilij odnosi kolejne sukcesy, propaganda szaleje z radości, chociaż bitwa o Stalingrad może w każdej chwili zakończyć się klęską, zatem Niemcy postanawiają wysłać na front kogoś, kto unieszkodliwi Zajcewa. Tak do Stalingradu trafia major Köning, a Wasilij zyskuje godnego przeciwnika. Polowanie snajperów zakończyć może tylko śmierć jednego z nich…

No i sobie obejrzałam. Wojnę przedstawiono bardzo krwawo, ale ciut niewiarygodnie, pomińmy już fakt napisania historii po swojemu i liczne niedopatrzenia w kwestiach broni czy mundurów (widz ich nie zauważy, dopiero podczas przeglądania Filmwebu przeraża się ilością wytkniętych błędów). Bardzo drażnił mnie wszechobecny angielski, bo twórcy powinni zadbać o to, żeby obsada przynajmniej nie mówiła z akcentem, nie piszę nawet o tym, że przydałoby się nieco kwestii po rosyjsku i po niemiecku, jak zwykle bywa w filmach wojennych.

Oczywiście do wojny w komplecie dorzucono romansik, żeby nie było nudno, a jak był romansik, musiał być seks. I po co, ja się pytam? Po kiego licha w filmie wojennym rozbierać dwoje ludzi w środku zimy i pokazywać bardzo dokładnie, że ona wkłada mu ręce w rozporek, po czym on siada na nią okrakiem i robią wiadomo-co, a na deser mamy najazd kamery na pupę Rachel Weisz? Jaki to ma wpływ na fabułę? Czy nie można było pozwolić im się do siebie przytulić, pocałować, chwilkę się pomiętosić i przejść do głównego tematu filmu? Może jestem przewrażliwiona, ale ta scena była niepotrzebna, przedobrzona i niesmaczna.

Nawet muzyka cudownego Jamesa Hornera jest odrobinkę rozczarowująca. Niby jest charakterystyczna, bo z łatwością rozpoznałam, kto ją napisał (po rogach, które słychać również 8 lat później w „Avatarze”), ale momentami zakrawała ona na lekki plagiat „Listy Schindlera” Williamsa. Skoro nawet muzyka zawiodła, cóż nam pozostało?

Jasne punkty tego filmu są dwa, a nazywają się Jude Law i Ed Harris. Ci panowie ratują całe przedsięwzięcie, bo przynajmniej można sobie popatrzeć, jak wygląda dobry aktor. Tylko sceny z ich bezpośrednim udziałem są okej, najlepsze z całego filmu jest zdecydowanie „polowanie” Lawa na Harrisa i Harrisa na Lawa, wtedy naprawdę trzeba trzymać się fotela. Josheph Fiennes pokazuje się gdzieś koło nich, ale stanowi tylko tło. W stosunku do Rachel Weisz może lepiej nie będę się wypowiadała, bo to aktorka jednej miny i szczerze jej nie lubię.

 

Ostatecznie „Wróg u bram”, choć mógłby być świetnym, trzymającym w napięciu kinem wojennym, jest filmem o powodującym mdłości przesłodzonym zakończeniu, do którego raczej już się nie wróci. A szkoda, bo potencjał był. Reklama na plakatach „Największy triumf kina wojennego od czasów ‚Szeregowca Ryana’” kłamie.

One thought on “Jak zmarnować potencjał – „Wróg u bram”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *