Opowieść o dobrych ludziach – „Awantura o Basię”

Podczas podróży pociągiem ginie mama pięcioletniej Basi. Dziewczynką opiekują się najpierw doktor i jego żona, potem odsyłają małą na adres podany przed śmiercią przez matkę. W pociągu kartka ulega zalaniu mlekiem, a Basią chcąc nie chcąc zajmuje się aktor Walicki – człowiek o zbójeckim obliczu. Wraz z przyjacielem, również aktorem, błędnie odczytują zalany mlekiem adres i dziewczynka trafia do pisarza Olszowskiego. Tak jak to było z poprzednimi opiekunami, dziecko swoją radością podbija i jego serce. Po jakimś czasie okazuje się, że Basia miała trafić do przyjaciółki swojej matki – panny Olszańskiej i jej babki. Zarówno pisarz, jak i nowe opiekunki nie zrezygnują z obecności Basi, więc dziewczynka według sprawiedliwego schematu mieszka raz u Olszowskiego, a raz u panny Olszańskiej. Dziesięć lat później opiekunowie dziewczynki są już małżeństwem, a ją kochają jak rodzoną córkę. Basia chce dowiedzieć się czegoś o swoim pochodzeniu, docierają do niej wiadomości, że jej ojciec – geograf, który zaginął w Ameryce Płd. – odnalazł się, jest jednak cieniem samego siebie. Dziewczyna czule opiekuje się swoim ojcem, aż wreszcie wydobywa z niego dawnego człowieka.

I to już jest koniec. Nie ma tu zawiłej intrygi, wstydliwej tajemnicy, wybuchów czy pościgów, jest za to miłość i dobroć ludzka. Jako nastoletni czytelnik jestem przyzwyczajona do spektakularnej walki dobra ze złem i namiętnych wybuchów pierwszej miłości. Tutaj jest spokojnie, czasem wesoło, czasem smutno – jak to w życiu. Dlaczego więc „Awanturę o Basię” czyta się tak dobrze?

Przede wszystkim zadecydował tu talent Kornela Makuszyńskiego – któż umiałby opisać życie wierniej? Podobny efekt być może powstałby, gdyby zmieszać humor Wojciecha Cejrowskiego, barwność Adama Mickiewicza i kwiecistość Andrzeja Sapkowskiego, ale nie mamy gwarancji. Makuszyński potrafił opisać zarówno komiczną babcię, spokojnego Olszowskiego, jak i gburowatego Walickiego. Póki Basia jest mała, w książce pełno jest małych żarcików. Kiedy dziewczynka ma już piętnaście lat, zaczyna doświadczać życia. Nierzadko zdarza się, że pisarz potrafi pisać tylko zabawnie, albo tylko poważnie lub, co gorsza, z zadęciem. Makuszyński taki nie był – opis spotkania Basi z ojcem i proces jego zdrowienia są wzruszające, ale w taki prawdziwy, dojrzały i „nietkliwy” sposób.

Zaskoczyła mnie jedna rzecz: w „Awanturze o Basi” nie ma ani jednego złego człowieka. Choć życie obeszło się z Basią okrutnie, nie można powiedzieć tego o ludziach, nawet ci najbardziej zatwardziali okazywali się po prostu nieszczęśliwi, ale nadal gotowi zaopiekować się małą sierotką. Makuszyński po prostu przywraca wiarę w człowieka.

I takich powieści dla młodzieży nam trzeba – niewinnych, dowcipnych, ale o życiu. Po przeczytaniu większości książek młodzieżowych czuję niewiele albo nic. „Awantura o Basię” zastawiła we mnie kawałek Basi i odrobinę Makuszyńskiego. Po tym poznaje się prawdziwe pisarstwo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *