Nowy Bond – „Spectre”

Nie  jestem wielką fanką Bonda. Widziałam może połowę filmów (wszystkie z Craigiem i Brosnanem oraz większość z Connerym), nie porwały mnie jakoś szczególnie, może tylko „Casino Royale” wspominam jako coś przyjemnego. Dlatego też na propozycję wyjścia do kina na „Spectre” przyjęłam raczej z umiarkowanym entuzjazmem. Ale skoro to wyjście ze szkoły i przepadnie parę lekcji – któżby na to nie poszedł?

Byłam pewna, że nie będę potrafiła napisać czegokolwiek o najnowszym Bondzie, żeby stworzyć w miarę sensowny wpis na coolturkę. Jednak już po pierwszych pięciu minutach, kiedy Bond uskuteczniał wyjątkowo spektakularne mordobicie w obracającym się wokół własnej osi helikopterze, w duchu zaczęłam zacierać rączki na myśl soczystej krytyki, jaką obdarzę bondowskie prawa fizyki. Potem Bond przeleciał pionowo trzy piętra w dół w walącym się budynku i wylądował w centralnym punkcie stojącej na parterze sofy. Po prostu ubaw po pachy, jak w ostatniej części „Hobbita”!

Potem, jak gdyby filmowcy najpierw pośmiali się z nami, żeby później zabrać się do roboty, zaczęła rozkręcać się akcja. Bond zabija mafioza planującego wysadzenie stadionu pełnego ludzi i trafia na ślad tajemniczej organizacji Spectre. Po trupach do celu dociera najpierw do wdowy po mafiozie, później, kiedy na ogonie siedzi mu płatny zabójca, odnajduje swojego dawnego wroga White’a, a następnie jego córkę, piękną Madeleine. Odkrywa też swoje powiązania z jednym z członków Spectre. W tym samym czasie w Londynie sytuacja się komplikuje, projekt 00 zostaje zamknięty, M, chociaż już wcześniej miał z Bondem na pieńku, teraz nie może mu pomóc z powodu własnych problemów, a wierna Moneypenny i nieoceniony Q nie wystarczą, żeby pokonać wroga. Ale nie martwcie się, agent 007 wraz z piękną dziewczyną u boku poradzi sobie w każdej sytuacji!

Muszę przyznać, że „Spectre” naprawdę mi się podobało. Chociaż trzęsłam się ze śmiechu, kiedy zaczynałam skupiać się na prawach fizyki, akcja autentycznie była wciągająca i trzymająca w napięciu. A te pościgi, te wybuchy! Jednej rzeczy Bondowi nigdy nie wybaczę: takie śliczne pancerne autko utopić w rzece, zero przyzwoitości!

Co do obsady, wszystko, a raczej wszyscy się udali. Daniel Craig zdecydowanie nie jest moim ideałem faceta i Bonda, ale powolutku zaczynam go akceptować w tej roli. Schwarzcharakter, czyli Christoph Waltz, momentami był tak sympatyczny, że nie nadawał się na czarny charakter, ale potem zaczynał wiercić Bondowi wiertełkiem w czaszce i przestawałam go lubić. Monica Bellucci, okrzyknięta jako dziewczyna Bonda, pojawiała się na ekranie może przez 10 minut i grała raczej drugoplanową rolę, więc nie rozumiem tego szumu wokół jej osoby, ale prawdziwa dziewczyna Bonda, czyli Léa Seydoux, była naprawdę świetna i nie mogę temu zaprzeczyć nawet kierując się zawiścią z powodu jej atrakcyjności. Po śmierci starej M (granej przez świetną Judi Dench) bałam się, jak sobie poradzi nowy dowódca MI6, ale Ralph Fiennes najwyraźniej dobrze czuł się w tej roli i to było widoczne na ekranie. Do tego mamy jeszcze Bena Whishawa uroczego jako Q i śliczną Naomie Harris w roli Moneypenny i volia! Idealna obsada Bonda!

Ale „Spectre” zakończyło się jak nie-Bond. Craig zostawił poturbowanego wroga, nie dobijając go, wyrzucił spluwę do rzeki i odszedł w siną dal ze swoją dziewczyną. Ciekawe, co z tego będzie.

Na deserek polecam bondowską piosenkę do przesłuchania – nastrojowe „Writing’s On The Wall” Sama Smitha. Z autopsji – uzależniająca.

One thought on “Nowy Bond – „Spectre”

  1. Ja też nie jestem fanką Bonda chyba właśnie ze względu na naginanie praw fizyki. Niemniej jednak chętnie oglądam w TV, bo jest to pewnego rodzaju klasyka kina, której nie warto i nie wypada nie znać :)

    Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *