Bóg stworzył jedzenie, diabeł – kucharzy – „Ugotowany”

Adam Jones, charyzmatyczny kucharz z kryminalną przeszłością, wraca do Londynu, aby skompletować nową załogę i otworzyć restaurację swojego imienia. Jego cel jest jeden: wszystko ma być perfekcyjne. Ale Adam ma ze sobą problem: sam nie jest perfekcyjny. Kiedy inni też nie są perfekcyjni, wpada w szał, rzuca półmiskami po kuchni i odstrasza każdego, z kim mógłby być bliżej. Jego niezrównoważenie osiąga apogeum, gdy chodzi o zdobycie upragnionych gwiazdek Michelina – wyznacznika statusu restauracji, o który ubiegają się tylko najlepsi. Do wybuchowego charakteru i nieprzewidywalności dołączają jeszcze długi wobec dilerów narkotyków i podobno zakończony już odwyk od prochów, alkoholu i kobiet, co sprawia, że jego współpracownicy naprawdę nie mają łatwo. Ale to właśnie dzięki nim film kończy się happy endem. Podkochujący się w Adamie Tony, młoda utalentowana Helene, stary kumpel Michel i reszta załogi zmieniają życie swojego szurniętego szefa na lepsze.

Na „Ugotowanego” wybrałam się po dłuuuugiej nieobecności w jakimkolwiek kinie. Akurat na ten film bardzo chciałam pójść, bo zaciekawił mnie opis fabuły, czytaj: Bradley Cooper zapowiadał się nieźle. Spodziewałam się kolejnego przyjemnego komedyjko-romansiku o jedzeniu i gotowaniu. Wraz z rozwojem wydarzeń przekonałam się, że to raczej coś pomiędzy kinem akcji, obyczajówką i czymś jeszcze z bardzo niewinnymi elementami romansiku z duuużą dozą kuchennego rygoru. Były momenty śmieszne, były i takie, że gdyby zagłuszyć przekleństwa, widzowie posłuchaliby sobie jednego długiego pisku (przyczyna ograniczeń wiekowych 15+). Ogólnie restauracyjna kuchnia w filmach takich, jak „Ugotowany”, mogłaby spokojnie zagrać piekło u Dantego, brakuje tylko dziewięciu piekielnych kręgów. Po takim filmie cieszę się, że nie chadzam do restauracji, bo jeszcze podczas przygotowywania mojego posiłku szef kuchni mógłby zadźgać nożem kuchennym pół załogi. Domowa kuchnia staje się przytulna i bezpieczna jak nigdy!

Jak już wspominałam, chciałam zobaczyć Bradleya Coopera. I se obejrzałam, jak z furią ciska talerzami i rzuca mięsem (dosłownie i w przenośni). Po namyśle stwierdziłam, że powinnam bardziej zagłębić się w jego filmografię, bo po dwóch filmach z jego udziałem („Pamiętnik pozytywnego myślenia”) chciałabym zobaczyć go w roli, w której jest normalny i poczytalny. Grająca Helenę Sienna Miller jakoś nie przypadła mi do gustu, brakowało jej trochę ikry. Miło było ponownie zobaczyć Daniela Brühla, który co prawda od czasów „Lawendowego wzgórza” mocno, hm, wydoroślał, ale był nader pasującym elementem całości. Uwagę zwracał także górujący wzrostem Omar Sy, bez względu na biały fartuch budzący przynajmniej respekt. W bardzo drugoplanowych rolach pojawiły się Uma Thurman i Emma Thompson, zwłaszcza ta druga w roli terapeutki Adama była cudownie stoicka.

Ogólnie rzecz biorąc, „Ugotowany” jest filmem zadowalającym widza, nie wyszłam z sali kinowej z poczuciem straty czasu, raczej miło spędzonego wieczoru w doborowym towarzystwie (Mama). Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję, będziecie zadowoleni z seansu, polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *