Grzechy telewizji

Mniej więcej w każdy piątek zaraz po powrocie do domu zerkam do nowej gazety z programem telewizyjnym, żeby stwierdzić „kurczę, znowu nie ma co oglądać!” i podążyć szybkim krokiem do półki z filmami na dvd, by w rezultacie obejrzeć któryś z moich ulubionych i niestety widzianych już wielokrotnie filmów. Właśnie w taki sposób nie poszerzam swoich horyzontów. I czyja to wina?

Telewizji oczywiście. Doprowadzona do ostateczności postanowiłam stworzyć listę grzechów, przez które jako widz jestem pozbawiona rozrywki na poziomie.

Po pierwsze: nie wszyscy naraz!

Zauważam irytującą prawidłowość, że albo na żadnym kanale nie ma nic ciekawego, albo na wszystkich akurat leci coś do obejrzenia. I tak właśnie działa konkurencja stacji telewizyjnych. Albo oglądacie u nas, albo nie oglądacie wcale, bo i tak nic nie ma. W ten sposób można by obejrzeć parę filmów w tygodniu tylko jeśli posiadamy w domu cztery odbiorniki telewizyjne oraz mamy bardzo podzielną uwagę. Niestety, tak wykwalifikowanych widzów wciąż u nas brakuje…

Po drugie: może coś ambitniejszego?

W porze największej oglądalności w telewizji publicznej najczęściej natykamy się nie na filmy, tylko na zapychacze programu typu dziesięć tysięcy osiemset czterdziesty dziewiąty odcinek „M jak Miłość”, siedemnasty całonocny maraton kabaretowy (ach, ten poziom… to cenzuralne słownictwo… rączki opadają) czy pełne powagi trzy-razy-na-tak w którymś talent show… A gdyby tak troszkę wyedukować społeczeństwo i puścić jakiś ambitniejszy film albo porządny miniserial BBC? E, lepiej nie, bo jeszcze widzowie zaczną myśleć, a nie daj Boże mieć własne zdanie? Nieee, lepiej nie.

Po trzecie: dla wampirów, zombie i innych istot, które nie potrzebują snu.

Czy nie można by wyemitować filmu o 20, a nie o 23.30? Bo wiecie, tak się składa, że większość ludzi musi następnego dnia wstać do pracy lub szkoły, a człowiek – istota słaba i spać musi. Ok, po jakimś czasie zdarza się, że film można zobaczyć o normalnej porze, ale niektóre tytuły są tylko i wyłącznie dla nocnych marków  (i nie mam tu na myśli filmów z ograniczeniami wiekowymi).

Po czwarte: czy kogoś obchodzi, że mamy środek tygodnia?

Argumenty jak wyżej. Dlaczego tak zwane mega produkcje i super hity nie lecą w piątkowy wieczór ku uciesze gawiedzi, która może sobie w sobotę odespać seans filmowy? Czemu „Bravehearty”, „Królestwa niebieskie”, „Troje” i inne długaśne filmy trwające 4 godziny (z wstawkami złożonymi z reklam środków na potencję, piwa i środków na kaca) puszczane są w poniedziałek, kiedy najbliższą perspektywą nadrobienia straconej nocy jest dopiero weekend?

Po piąte: przewidywalny repertuar.

Słyszysz: święta z Polsatem, myślisz „Kevin sam w domu”. W okresie bożonarodzeniowym polecą jeszcze „Opowieści z Narnii”, „To właśnie miłość” i nie wiedzieć czemu „Titanic”, w Wielkim Tygodniu na pewno zobaczymy „Pasję”, a podczas wakacji składankę „Sami swoi”-„U Pana Boga w ogródku”-„Ranczo Wilkowyje”. W okresie zwykłym nader często możemy obejrzeć po raz nasty „Piratów z Karaibów” lub „Epokę lodowcową” (ale tylko pierwszą część).

Po szóste: nawet już nie mam sił narzekać na bloki reklamowe.

Znacie ten dowcip?

- Wczoraj o mało nie posikałem się podczas filmu!
- Taki śmieszny?
- Nie, nie było przerwy na reklamy…

Wniosek jest jeden: zarząd telewizji dba o nasze pęcherze, ale nie obchodzi jej ani nasz intelekt, ani sen, nie mówiąc już o chwili rozrywki na tym łez padole.

 

2 comments on “Grzechy telewizji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *