Przyjaźń, miłość i wojna – „Pearl Harbor”

Innymi słowy moje nieudolne próby wepchnięcia historii do głowy w cudowny sposób, czyli bez ślęczenia nad podręcznikiem.

Od pierwszych chwil filmu akcja skupia się na przyjaźni Danny’ego i Rafe’a – dwóch młodych lotników, potem z buciorami czy raczej na szpilkach wkracza do ich życia piękna, acz nadmiernie umalowana pielęgniareczka Evelyn. Biedny Rafe się zakochuje (niestety z wzajemnością), ale niezbyt długo młodzi zakochani cieszą się sobą, gdyż Rafe leci do Europy, aby wspomóc brytyjskie lotnictwo przeciw niemieckim nalotom. Niedługo potem nadchodzi wiadomość o jego śmierci. Danny i Evelyn podczas błyskawicznej żałoby tak się pocieszają, że zakochują się w sobie. Jadą do bazy wojskowej w Pearl Harbor, a wtedy okazuje się, że Rafe wcale nie zginął. Panowie prawie się biją i wydaje się, że umalowana kobitka rozbiła wieloletnią przyjaźń, ale jako że Evelyn nie może się zdecydować, którego z nich wybrać, jakoś się godzą, zostawiając jej wybór. Siódmego grudnia Japończycy atakują Pearl Harbor i dopiero wtedy się zaczyna…

Film w zamierzeniu miał być uniwersalny – powinien zainteresować i żądnych romansów, i pasjonatów historii, i miłośników scen batalistycznych. Tak naprawdę zadowolił może tylko tych ostatnich, bo historii w „Pearl Harbor” niewiele, a wątek w zamierzeniu romantyczny jest oględnie mówiąc męczący, natomiast wojnę przedstawiono w sposób niewątpliwie widowiskowy.

Jedna z pielęgniarek

Pin-up girl

Męczące i zupełnie niepasujące do tematu są tutaj pielęgniareczki wyglądające jak tzw. pin-up girls – nigdy nie dopuściłabym takich laluń do leczenia ludzi! Krwawoczerwone usta, wymalowane pazury i nieskromne kitelki u służby zdrowia – niesmaczne!

 

A teraz obsada: Kate Beckinsale,  oprócz tego, że wygląda jak panienka lekkich obyczajów, jest zupełnie nieprzekonująca, a jej mina nasuwa na myśl równie bogatą mimikę Kristen Stewart („Zmierzch”). Duet Ben Affleck i Josh Hartnett się sprawdził – panowie zagrali dobrze i byli wiarygodni na ekranie. Bardzo udaną, choć niewielką rolę zagrał Cuba Gooding Jr., miło było zobaczyć też Aleca Baldwina i Jona Voighta.

Czas na mojego konika – muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera się obroniła, główny motyw jest przepiękny.

Zakończenie było do przewidzenia – łzawe. Mogę napisać tylko, że zginął nie ten bohater.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *