Niezwykłe dzieła Lubomira Tomaszewskiego cz. 1

Podczas wakacyjnych wojaży zawinęłam z rodziną do Ćmielowa. W Żywym Muzeum Porcelany dowiedziałam się, jak wytwarza się porcelanę i dlaczego u licha jest ona taka droga – z początkowych 100 filiżanek ostatecznie udaje się zaledwie 8… W galerii sztuki umieszczonej nad muzeum trafiliśmy na wystawę prac pana Lubomira Tomaszewskiego – malarza, rzeźbiarza i projektanta porcelany, człowieka renesansu. Chociaż pan Lubomir ma już ponad dziewięćdziesiąt lat, wciąż tworzy, a jego prace zachwycają lekkością i pomysłowością.

Lubomir Tomaszewski przede wszystkim zasłynął jako projektant porcelany – stworzył między innymi serwis herbaciany bez uszek i liczne figurki.

porcelana

 

Zajmuje się też rzeźbą – jego dzieła łączące drewno, metal i kamień są niezwykle pomysłowe.

rzeźba

 

Ale najbardziej zachwyciły mnie obrazy wykonane jego autorską techniką – chcę Wam pokazać ich więcej, zatem żeby nie stworzyć gigantycznego posta postanowiłam wrzucić jej w drugiej części wpisu.

Opublikowano Fotografia, grafika, malarstwo, rzeźba i nie tylko... | Otagowano , , , | Skomentuj

Niepoważny ten musical – „Tajemnice lasu”

Każdy ma jakieś życzenie. Uboga sierota chce dostać się na bal u księcia, dziewczynka w czerwonej pelerynie chce zanieść chleb chorej babci, pewien chłopczyk chce, żeby jego ukochana krowa została w domu, podczas gdy jego matka każe mu ją sprzedać,  a piekarz i jego żona pragną dziecka. Z tego powodu wszyscy trafiają do tytułowego zaczarowanego lasu. Czerwony Kapturek jest napastowany przez złego wilka, Kopciuszek na grobie matki prosi o suknię na bal, chłopczyk prowadzi krowę na targ, a piekarz z żoną realizują polecenie wiedźmy, która obiecała zdjąć z nich klątwę. W tle mamy jeszcze długowłosą blond piękność w wieży oraz dwóch książąt bolejących nad nieosiągalnością wybranek serca.

Mam pewne podejrzenia co do okoliczności powstania tej historii: komuś bajka z klasycznymi baśniami wpadła do miksera, a z powstałej brei powstał koncept „Tajemnic lasu”. Najpierw był musical, a w 2014 roku powstała jego ekranizacja, której ostatnio poświęciłam cały wieczór. No dobrze, przeanalizujmy to, hm, arcydzieło kinematografii.

„Tajemnice lasu” to musical, ale jak dla mnie brakuje tu przeboju. Zaczynało się nieźle – piosenka na wejście mogła być początkiem czegoś niezłego, ale sporo kwestii nie było ani mówionych, ani śpiewanych – raczej rapowanych, a to w gatunku „musical” jakoś mnie nie bierze.

Największą kartą przetargową tego filmu była obsada – same znajome twarze. Meryl Streep została czarownicą, co nie wydaje takim złym wyborem, ale „Tajemnice lasu” to chyba za mało ambitny projekt dla tak utytułowanej aktorki. Johnny’ego Deppa okrzyknięto gwiazdą produkcji, ale na ekranie pojawiał się może przez 10 minut i to też nie było najgenialniejsze 10 minut jego kariery. Za to dla odrobinkę mniej znanych aktorów „Tajemnice lasu” były przerywnikiem w sam raz. Emily Blunt, Anna Kendrick, James Corden i Chris Pine pewnie mieli niezły ubaw kręcąc swoje sceny i troszkę to widać – że obsada nie do końca brała ten film na serio. Zwłaszcza w scenie licytujących się książąt świetnie to widać – który bardziej się wygłupi?

Do tego zakończenie do bólu przypominało jakiś tani średniowieczny moralitet, więc nawet ostateczne wrażenie nie było dobre. Nie rozumiem więc, dlaczego my, widzowie, powinniśmy brać „Tajemnice lasu” na poważnie.

Opublikowano Musicale | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Nowa droga, nowy singiel, nowa płyta – Bon Jovi „This House Is Not For Sale”

Bon Jovi poświęciłam już cały wpis, ale jako że stara miłość nie rdzewieje, chciałabym podzielić się radością, jaką sprawiły mi najnowsze  wieści.

21 października tego roku ukarze się czternasty album zespołu zatytułowany „This House Is Not For Sale” – wyraźnie odbicie się od dna po tym, jak w 2013 roku zespół opuścił gitarzysta Richie Sambora. Bałam się, że bez niego Bon Jovi mimo wszystko nie będzie już takie samo. W zeszłym roku ukazała się co prawda płyta „Burning Bridges”, ale w dużej mierze były to po raz pierwszy nagrane, lecz stare piosenki, które nadal przypominały fanom o Richiem.

Na szczęście kilka dni temu wydany został pierwszy singiel o tym samym tytule, co nadchodzący album. I fani odetchnęli, bo „This House Is Not For Sale” jest jednocześnie zapewnieniem zespołu o jedności i sile oraz powrotem do korzeni. Phil X chyba na stałe zastąpił Richiego i robi to świetnie, jako członek zespołu został też wreszcie zaakceptowany basista Hugh McDonald. Cóż więcej mogę napisać, singla świetnie się słucha, tekst w fantastyczny sposób nawiązuje do obecnej sytuacji zespołu – który nie jest na sprzedaż, bo członkowie zbudowali go własnymi siłami. Im dłużej słucham tej piosenki, tym bardziej jestem dumna, że moi ukochani muzycy potrafią mimo zmian trzymać się razem.

Panie i panowie, przed Wami nowy singiel!

Opublikowano Moja ulubiona muzyka | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

„Dla ciebie tysiąc razy” – „Chłopiec z latawcem” Khaleda Hosseini

Amir jest synem afgańskiego bogacza. Wychowywał się z Hassanem, synem służącego i mimo że chłopak zrobiłby dla niego wszystko, Amir czuje się lepszy od niepiśmiennego sługi. Jest  też zwyczajnie o niego zazdrosny, bo ojciec okazuje Hassanowi znacznie więcej sympatii niż synowi. Żeby przypodobać się ojcu i zasłużyć na jego miłość, Amir wygrywa zawody latawców, co w Afganistanie jest powodem do dumy i chluby. Wtedy też jest świadkiem tego, jak szef miejscowej bandy nastolatków gwałci Hassana, ale nie robi nic, by temu zapobiec. Nękany wyrzutami sumienia coraz bardziej oddala się od Hassana, a kiedy w Afganistanie wybucha wojna, Amir ucieka z ojcem do Ameryki, by już więcej nie zobaczyć oddanego sługi. W Stanach mimo początkowej biedy Amir jakoś sobie radzi, kończy studia, zaczyna pisać powieści, żeni się z piękną Sorają. Potem okazuje się, że nie mogą mieć dzieci, ojciec Amira umiera, a on dowiaduje się, że Hassan został zabity i osierocił synka. Amir leci więc do terroryzowanego przez talibów Afganistanu, żeby odszukać chłopca i odkupić dawne winy.

Niewiele brakowało, bym oddała „Chłopca z latawcem” do biblioteki bez czytania. Jednak kiedy już zaczęłam go czytać, wiedziałam, że muszę go skończyć. Książkę czyta się wartko, nie ma nudnych fragmentów, cały czas coś się dzieje. Język jest plastyczny i opisowy, smaczku powieści nadają afgańskie wtrącenia i nazwy własne, zatem pod względem literackim „Chłopca z latawcem” czytało się jednym tchem. Autor genialnie potrafi łączyć wątki, żadna sprawa nie została niewyjaśniona, a wiele historii w zaskakujący sposób ostatecznie zlało się ze sobą. Oprócz tego powieść jest niezwykle wzruszająca – nie pamiętam, kiedy ostatnio musiałam się tak powstrzymywać od płaczu w miejscu publicznym i kiedy tak chlipałam w zaciszu swojego pokoju. „Chłopca z latawcem” trzeba przeczytać, żeby poznać inną kulturę i po prostu się wzruszyć nad historią człowieka nękanego przez wyrzuty sumienia.

Opublikowano Do czytania | Otagowano , | Skomentuj

Robert Pattinson nie równa się Edward Cullen – „Woda dla słoni”

Jacob Jankowski, syn polskich emigrantów po śmierci rodziców jest zmuszony do porzucenia studiowania  weterynarii. Dołącza do cyrku Augusta Rosenblutha, człowieka okrutnego, bezwzględnego i nieprzewidywalnego. Tam podczas opieki nad słonicą o imieniu Rosie Jacob poznaje żonę Augusta – Marlenę. Miłość do zwierząt wkrótce połączy dwójkę wrażliwych ludzi i przerodzi się w płomienny romans. Ale jeśli August się o nim dowie, zakończenie może być tragiczne.

„Woda dla słoni” jest filmem bardzo udanym, ale z jedną poważną wadą – okropnie kaleczy język polski. Na początku filmu Jacob żegna się z rodzicami wyjeżdżając na studia, ale ich pożegnanie było nieomalże niezrozumiałe. Ja wiem, polska język trudna język, ale do epizodycznych ról rodziców twórcy mogli wziąć Polaków, których w Stanach akurat nie brakuje. Sam Jacob polski mocno kaleczył. O takie szczegóły można było zadbać.

Ale poza tym film jest świetny – dobrze nakręcony, z narastającym napięciem i dopracowanymi postaciami. Wielka trójka tej produkcji, czyli Robert Pattinson, Reese Witherspoon i Christoph  Waltz byli po prostu genialni. Reese Witherspoon była idealną Marleną, Christoph Waltz zawsze sprawdza się w rolach psychopatycznych czarnych charakterów. A co do Roberta Pattinsona… Jego nazwisko niezmiennie kojarzy się wszystkim z pewnym brokatowym wampirem i z powodu tejże roli Pattinson już zawsze będzie kojarzony jako Edward „Bożyszcze małolat” Cullen. Z tego powodu dotychczas troszkę pogardzałam tym aktorem, bo zdecydowanie nie jest w moim typie, zatem nie wpisywał się w moje wyobrażenia pięknego wampira. Jedna rola tego aktora rzutowała na moją opinię tak, że nie obejrzałam ani jednego innego niż „Zmierzch” filmu z jego udziałem. A to był błąd, bo w „Wodzie dla słoni” Pattinson okazał się być po prostu dobrym aktorem, który pasował do postaci i dobrze czuł się w swojej roli. Obsadziłabym kogo innego jako Edwarda, ale Pattinsonowi zwracam honor.

„Woda dla słoni” to dobry film, dzięki któremu widz będzie usatysfakcjonowany, a może nawet tak jak ja poukłada sobie pewne kwestie i skonfrontuje swoje poglądy z czymś nowym. Polecam go szczególnie tym, którzy tak jak ja postrzegali Roberta Pattinsona tylko przez pryzmat roli ze „Zmierzchu”, a mają ochotę odkryć, że wcale nie jest taki zły.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , | Skomentuj

Ciężkie brzmienie klasycznych bajek – Young Does Disney

Kiedy większość fanów Disney’a dorasta, przestaje obnosić się ze swoją miłością. Często powracają do niej dopiero podczas pokazywania klasyków swoim dzieciom. Ale są też przypadki beznadziejne, które z Disney’a nigdy nie wyrastają. To właśnie dzięki nim w sieci roi się od grafik, coverów i teorii spiskowych opartych na ukochanych animacjach.

I właśnie odnalazłam kolejną taką jednostkę. Jonathan Young w przewrotny sposób połączył swoje dwie pasje – ciężkie metalowe brzmienie oraz Disney’a właśnie. Powstały z tego dwa albumy zatytułowane „Young Does Disney”. Jest to propozycja ciekawa, bo pozbawiona nadmiaru tej charakterystycznej słodyczy – co więcej, piosenki z bajek dla dzieci jeszcze nigdy nie zostały wykonane z takim pazurem i zacięciem.

Poniżej jak zwykle lista przebojów.

Opublikowano Wygrzebane na Youtubie | Otagowano , , , | Skomentuj

Miłość nie wybiera – „Sabrina”

Sabrina – córka szofera rodziny Larrabee – od zawsze była brzydkim kaczątkiem. Od zawsze też była beznadziejnie zakochana w Davidzie Larrabee, młodym i bogatym bawidamku. Dzięki wyjazdowi do Paryża Sabrina nabiera pewności siebie i rozkwita, stając się piękną młodą kobietą. Dopiero wtedy David ją dostrzega i zakochany jest gotowy zerwać swoje zaręczyny. Nie może do tego dopuścić jego starszy brat Linus, który zarządza rodzinną firmą, bo mariaż bezużytecznego dotąd Davida pozwoliłby na połączenie jej z wielkim przedsiębiorstwem należącym do rodziny panny młodej. Linus postanawia zatem uwieść Sabrinę, wywieźć do Paryża i tam ją porzucić, aby nie pokrzyżowała rodzinnych planów.

„Sabrina” z 1996 roku jest remakem filmu o tym samym tytule z Audrey Hepburn. To kolejna komedia romantyczna, do której można z czystym sercem wrócić, nawet jeśli ogląda się ją z młodszą siostrą. Takie filmy właśnie lubię – momentami śmieszne, z happy endem, romantyczne, ale bez scen łóżkowych. Nic mnie wtedy nie stresuje, zakończenie jest uroczo romantyczne i z czystym sumieniem (i myślami) mogę iść spać.

Dużą zaletą „Sabriny” jest obsada. Julia Ormond była stworzona do tej roli, na ekranie autentycznie stopniowo zaczyna w siebie wierzyć i z wdziękiem przyjmuje zachwyty otoczenia. Greg Kinnear jako David także się sprawdził. Wydaje mi się też, że wszystko, co kiedykolwiek zarzucano Harrisonowi Fordowi, tutaj zostało wykorzystane – lekka „drewnianość”, brak skłonności do romantycznych porywów, niezbyt wysublimowana mimika… Taki powinien być Linus. A kiedy się wreszcie uśmiechnął, żeńska część widowni westchnęła.

„Sabrina” jest kolejną propozycją na spokojny wieczór bez wybuchów i gwałtownych zwrotów akcji. Kiedy ją włączyłam, cała rodzina tak jakoś znalazła się w pobliżu i ukradkiem zerkała na telewizor. Zastanawiam się, czy to nie ma nawet większej wartości niż uroczyste zasiadanie na kanapie, a potem wielkie rozczarowanie jakimś „megahitem”, który okazuje się być wulgarny albo po prostu słaby.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , | Skomentuj

Młody i z potencjałem – Sam Claflin

Sam Claflin jest jednym z młodych aktorów, którzy mają szanse na bycie zapamiętanym. Dobrze zaczyna swoją karierę, bo gra od pięciu czy sześciu lat i stworzył już kilka ciekawych postaci, ale myślę, że rola jego życia jeszcze przed nim. Nie bez znaczenia z pewnością jest jego aparycja – nie jest klasycznie przystojny, bo trudno o to osobom z bogatą mimiką, jaką Sam może się pochwalić, ale ma miłą powierzchowność (dołeczki w policzkach!) i niezaprzeczalny wdzięk.

Jak już napisałam, kariera Sama nie jest długa, ale dość intensywna i warto ją prześledzić.

Zaczynał od seriali „Filary ziemi” i „Any Human Heart” i tam właśnie został dostrzeżony.

 

 

Swoją pierwszą większą rolę zagrał w czwartej, niezbyt udanej części „Piratów z Karaibów”. Mogę z dumą stwierdzić, że już wtedy zwrócił na siebie moją uwagę postacią młodego wrażliwego misjonarza, który zakochuje się w syrenie.

 

Potem Sam zgrał u boku Kristen Stewart, Chrisa Hemswortha i Charlize Theron w filmie „Królewna Śnieżka i Łowca”. Ponownie nie był to film genialny, a głównym zajęciem Sama było plątanie się pod nogami głównej bohaterce, ale ktoś to musiał robić, prawda?

 

Popularność, jaką Sam może się aktualnie pochwalić, przyniosła mu rola Finnika Odaira w ekranizacji „Igrzysk śmierci”. Tu miał już szansę rozwinąć skrzydła. W drugiej części, kiedy to pojawia się po raz pierwszy, jest pewnym siebie zwycięzcą igrzysk, młodą i piękną reklamą Kapitolu. Jednak w kolejnych częściach okazuje się, że potrafi wnikliwie analizować podsłuchane w stolicy tajemnice, jako jeden z niewielu potrafi zrozumieć Katniss, ale też łatwo go złamać, krzywdząc jego bliskich. W ten sposób aktor miał szansę zbudować swoją postać przez dłuższy czas i w efekcie stworzył niebanalnego bohatera.

Z powodu powyższej dobrej roli wszystkie nastolatki pogalopowały do kina na ekranizację romasidła Cecelii Ahern zatytułowaną „Love, Rosie”. Ani film, ani książka nie były genialne, bo trochę brakowało im wigoru, ale bardzo przyjemnie patrzyło się na duet Sama z Lily Collins w tych kilku dobrych scenach, które chwała Bogu pojawiły się w filmie.

Za to w połączeniu z żywiołową  Emilią Clarke w tegorocznym „Zanim się pojawiłeś” Sam komponował się świetnie przez cały czas. Jako sparaliżowany bogacz Will Traynor był zupełnym przeciwieństwem gadatliwej optymistki Lou. Tutaj też aktor mógł zrobić użytek ze swojej bogatej mimiki, bo grał tylko twarzą – świetnie się sprawdził w tej roli, mimo że historia jako taka nie do końca mi się podobała.

A co będzie dalej? Zobaczymy…

Opublikowano Ludzie kina | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

„A cholera go wie” – „Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanny Chmielewskiej

Joanna, pracownica biura projektowego, od zawsze chciała napisać powieść. Bujna wyobraźnia podpowiadała jej najróżniejsze formy, ale wreszcie kończyło się na kryminale. Joanna wymyśla zatem zbrodnię doskonałą, w której ginie jeden z pracowników jej biura, uduszony paskiem od damskiego fartucha. Swoim pomysłem dzieli się z kolegami z pracy, a wtedy jeden z nich zostaje znaleziony martwy z paskiem od fartucha zaciśniętym wokół szyi. W biurze zatrudniającym ponad dwadzieścia osób wybucha panika, bo Tadeusza mógł zabić każdy. Zaczyna się skomplikowane śledztwo, w którym Joannie towarzyszy dwóch wysłanników piekieł:  wyimaginowany diabeł oraz piękny prokurator.

Powieści Joanny Chmielewskiej mają kilka charakterystycznych cech. Po pierwsze zawsze są nieco absurdalne, a poziom zagmatwania zwykle rośnie aż do krytycznego momentu, kiedy czytelnik zaczyna się gubić – wtedy wszystko niespodziewanie wybucha. Po drugie autorka w powieści zawsze umieszcza siebie i nader chętnie krytykuje swoje zdolności detektywistyczne oraz intelekt. Po trzecie wreszcie twórczości Chmielewskiej nie da się połknąć w całości naraz, bo nagromadzenie zabawnego absurdu w małych dawkach jest odprężające, ale w większych odbija się czkawką i uderza do głowy.

I podobnie jest w przypadku „Wszyscy jesteśmy podejrzani”. Podczas lektury często parskałam śmiechem, ale muszę przyznać, że nie zawsze nadążałam za główną bohaterką, jej szalonymi pomysłami, genialnymi olśnieniami i działaniami godnymi Sherlocka Holmesa.

Zapytacie zatem, po co czytać kryminał, skoro się za nim nie nadąża? Otóż uwielbiam styl Chmielewskiej, to delikatne zniekształcanie rzeczywistości i naginanie jej do swoich niecnych celów, dystans do siebie i ukazywanie śmiesznostek ludzkich zachowań.

To uwielbienie ma jednak swoją cenę. Teraz muszę przeczytać coś normalnego i poważnego, bo grozi mi wpadnięcie w żargon pani Chmielewskiej, a to może mieć katastrofalne skutki.

Opublikowano Do czytania | Otagowano , | Skomentuj

Kochana komedyjka – „Wasabi”

Paryski glina Hubert Fiorentini jest samotnikiem, odkąd dziewiętnaście lat temu ukochana porzuciła go bez słowa. Kiedy wreszcie postanowił pożegnać się z przeszłością i żyć teraźniejszością, dzwoni telefon. Okazuje się, że ukochana Huberta zmarła, a jemu powierzyła opiekę nad nastoletnią córką, która jest ścigana przez japońską mafię. Fiorentini leci więc do Japonii, ale nie ma odwagi przyznać się dziewczynie, że jest jej ojcem. W przeciągu jednego dnia musi zyskać sympatię narwanej nastolatki, obronić ją przed bandziorami i odkryć przyczynę śmierci ukochanej.

Doszłam do wniosku, że dobrze od czasu do czasu zrobić sobie przerwę od hollywoodzkich superprodukcji i obejrzeć coś innego. „Wasabi” jest francusko-japońską komedią kryminalną i muszę przyznać, że dawno nie oglądałam czegoś takiego. Były momenty śmieszne, były wzruszające, po prostu bardzo mi się podobało! Jean Reno zawsze sprawdza się jako gliniarz i mimo tego, że pewnie w normalnym życiu nie polubilibyśmy jego postaci, na ekranie błyskawicznie staje się naszym ukochanym bohaterem – ze swoją porywczością, nieśmiałością wobec kobiet i niezaprzeczalnym wdziękiem. W „Wasabi” towarzyszyli mu Ryoko Hirosue i Michel Muller jako córka i kumpel-niezdara. Razem stworzyli zabawne postacie, które później miło się wspomina, a do „Wasabi” często się wraca. Jeśli macie ochotę na niedługą francuską komedyjkę ze szczęśliwym zakończeniem, „Wasabi” jest idealnym wyborem na miły wieczór.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , | 1 komentarz