Film sinusoidalny – „Quo vadis”

Dla tych, którzy zaniedbali Sienkiewicza: za czasów panowania Nerona do Rzymu przyjeżdża młody Marek Winicjusz, który zakochuje się w Ligii. Dziewczyna jest jednak chrześcijanką i nie chce zostać nałożnicą przystojnego, acz gwałtownego patrycjusza. Winicjusz podczas próby jej porwania zostaje ranny, przebywając w domu chrześcijan doznaje ich troski i opieki i wkrótce przyjmuje wiarę w Chrystusa. Rzym Nerona jest jednak miastem niebezpiecznym, szalony władca postanawia spalić miasto, a winą za pożar obarcza chrześcijan. Wtedy zaczynają się prześladowania, w których zginąć może także Ligia. Winicjusz z pomocą wuja Petroniusza nie może do tego dopuścić.

W rzeczywistości znacznie spłyciłam fabułę „Quo vadis”, bo nie sposób w kilku zdaniach opisać wszystkich postaci i wątków tej przebogatej powieści. To także moja ukochana lektura, trudno jest mi zatem być obiektywną, ale…

Poświęciłam ostatnio trochę czasu na obejrzenie ekranizacji „Quo vadis” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza i mam mieszane uczucia. Ten film jest zlepkiem rzeczy świetnych i beznadziejnych i gdyby go jakoś uśrednić, może byłby dobry. Ostateczna forma przypomina mi sinusoidę – raz jest świetnie, raz coś poważnie nawala.

Zacznijmy od samej formy: nie ukryje się fakt, że ten film po prostu musiał zostać zrobiony z niesamowitym rozmachem i właśnie w tym tkwi problem. Nie będę krytykowała spontanicznego pożaru Rzymu, który kręcono na chybcika, bo dekoracje zajęły się ogniem. Skrytykuję za to chętnie szczegóły, które bardzo rażą uważniejszego widza: kiepski montaż wydarzeń z areny, dubbing (że co proszę???) jednego z żołnierzy czy koszmarny filtr podczas nocnego zgromadzenia chrześcijan – serio, kto w to wierzy? Niby nic znaczącego, a jednak ja czuję się nieszanowana jako widz, gdy oglądam coś takiego.

Muzyka była w porządku (brawa za piosenkę „Quo Vadis, Domine?” Michała Bajora), dialogi może nie genialne, ale nie raniły uszu , a dekoracje staranne, choć paliły się jak… papier?

Obsada – tutaj dopiero były kontrasty! Były role słabe (Rafał Kubacki jak Ursus), były może nie do końca dopasowane (Magdalena Mielcarz jest chyba troszkę zbyt współczesna jak na delikatną Ligię, tu trzeba było takiej Zosi z „Pana Tadeusza”), były też role w porządku, ale bez fajerwerków (Paweł Deląg jako Winicjusz – przynajmniej było na co patrzeć). Były też role świetne. Krzysztof Majchrzak i Michał Bajor ścigali się we wspólnych scenach, ale żaden nie wysunął się na prowadzenie, bo zarówno okrucieństwo Tygellina, jak i szaleństwo Nerona zagrano brawurowo. Wszyscy chwalą też Jerzego Trelę za rolę Chilona, ale moimi ulubieńcami pozostaną odtwórcy ról Petroniusza i świętego Piotra. Bogusław Linda zagrał po prostu genialnie, uwielbiam śledzić niuanse przemykające po jego twarzy, kiedy wygłasza jakąś kąśliwą uwagę. A kochany Franciszek Pieczka… Dla mnie wystarczy, że jest, a kiedy się odezwie, po prostu się bezwiednie uśmiecham.

Sami więc widzicie, że mam ambiwalentny stosunek do tego filmu. Z jednej strony zawiodła technologia i ludzie, z drugiej jest parę jasnych punktów. Chciałabym go polubić, ale nie mogę nie zauważyć sztuczności charakteryzacji czy montażu.  A może nie potrafię po prostu wyprzeć faktu, że zawiodła mnie ekranizacja mojej ukochanej powieści?

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wojna bez pokoju – „Tysiąc wspaniałych słońc” Khaleda Hosseini

Mariam urodziła się jako harami – nieślubna córka bogacza z Kabulu i jego służącej. Przez pierwsze lata swojego życia mieszkała z matką w szałasie, a w każdy czwartek z niecierpliwością czekała na odwiedziny ukochanego ojca. Po śmierci matki Mariam zostaje wydana za Raszida, mężczyznę w średnim wieku, który oczekuje, że Mariam da mu syna. Dziewczyna nie może jednak zajść w ciążę, traci więc jakąkolwiek wartość w oczach męża i jest przez niego regularnie bita.

Lajla od małego żyła w cieniu nieobecnych braci, którzy wyruszyli na wojnę, zanim zdążyła ich zapamiętać. Czas wypełniały jej jednak zabawy z Tarighem, przyjacielem, w którym wkrótce się zakochała. Kiedy zamieszki w Afganistanie przerodziły się w wojnę, rodzice dziewczyny zginęli, Tarigh wyjechał, a Lajla otrzymała wiadomość o jego śmierci, cały jej świat się zawalił. Jedynym sposobem na zapewnienie bytu sobie i swojemu nienarodzonemu dziecku stało się wyjście za mocno starszego od niej mężczyznę, który rozczarował się swoją pierwszą żoną…

W ten sposób drogi Mariam i Lajli krzyżują się, mimo początkowej niechęci wkrótce połączy je przyjaźń i przywiązanie, a koleje losu sprawią, że dwie nieszczęśliwe kobiety w państwie nękanym przez biedę i wojnę doświadczą zarówno krótkich chwil szczęścia, jak i prawdziwego piekła.

Do „Tysiąca wspaniałych słońc” zabrałam się ze względu na inną książkę tego autora – „Chłopca z latawcem”, która po prostu mnie zachwyciła. Tak stało się i tym razem. Hosseini, który urodził się w Afganistanie, obrazowo opisuje panujące tam zwyczaje oraz wojnę, która brutalnie wkroczyła w życie zwykłych ludzi. Nie boi się sięgać do zwierzęcych instynktów siedzących w ludzkich duszach, potrafi także oddać to, co w nich dobre. Portrety postaci, które kreśli na stronach swoich powieści, są wielowarstwowe i zachwycają swoją złożonością.

Hosseini pisze po prostu tak, jak ja chciałabym kiedyś pisać – zwięźle, ale obrazowo, niby chłodno, a jednak w sposób, który mimowolnie wyciska łzy z oczu czytelnika. Oszałamia mnie fakt, jak zgrabnie potrafi najpierw namnożyć wątków, a potem połączyć je wszystkie w spójną i logiczną całość. Jego książki czyta się z zapartym tchem, od deski do deski, a kiedy się je skończy, odczuwa się klasyczną chandrę czytelniczą – „I gdzie ja teraz znajdę coś równie dobrego?”. Uwierzcie mi: została mi jeszcze jedna książka Hosseiniego do przeczytania, a już się martwię, co będzie potem.

Opublikowano Do czytania | Otagowano , | Skomentuj

Muzyczne podsumowanie A.D. 2016

Dobiega końca kolejny rok, który pod wieloma względami – kulturalnymi, politycznymi, ekonomicznymi, globalnymi – można nazwać najgorszym. Początkowo chciałam upamiętnić tych wszystkich znanych i lubianych, którzy odeszli w tym roku – Alana Rickmana, Andrzeja Wajdę, Davida Bowie, Leonarda Cohena, Harper Lee, George’a Michaela, Carrie Fisher… Lista jest zbyt długa, a sam jej odczyt przygnębia mnie za bardzo, by coś więcej napisać. Ten rok był straszny, więc idę pogrążyć się w rozpaczy, pa, trzymajcie się jakoś.

No dobra, mimo tego nie było tak totalnie tragicznie, bo w 2016 znacząco poszerzyłam swoje horyzonty muzyczne w wielu dziedzinach.

Po pierwsze troszkę pogrzebałam w muzyce klasycznej – sama siebie nie poznaję! Przypuszczam, że pchnęło mnie ku temu sumienie szepczące, iż skoro chcę uchodzić za osobę wyedukowaną i obytą, powinnam kojarzyć przynajmniej klasyczne kawałki klasyczne – czyli podstawę.

Po drugie nadal jestem poważnie pochłonięta muzyką filmową i ciągle natykam się na kolejne perełki dotąd ukrywające przede mną swe wdzięki. Nie myślcie sobie, że zwykle muzyka bierze mnie podczas oglądania filmów – ulegam coraz częściej zasobom Youtuba i pogrążam się w utworach pochodzących z filmów, o których zaledwie słyszałam (albo nie). W ten sposób naturalna kolej rzeczy w moim przypadku się odwraca i robi się… nienaturalna?

Po trzecie: musical. Postanowiłam zgłębić temat i zaczęłam dostrzegać ogromną różnorodność, jaka mieści się w tym gatunku. Odkryłam epickie „Les Miserables”, niezliczoną ilość razy przesłuchałam świetne „Wicked”, odrzuciłam natomiast „Tajemnice lasu” i „Sweeney’a Todda”, nie udało mi się też zachwycić „Miss Saigon”. W ostatnim miesiącu natrafiłam na prawdziwy skarb, łączący w sobie tyle pozornie sprzecznych elementów. To „Hamilton”, musical święcący w Stanach swój ogromny sukces, o którym zamierzam jeszcze coś ciekawego napisać.

Po czwarte moi starzy znajomi wciąż tworzą. Ten rok to dla mnie powrót zarówno Piotra Rubika, jak i Bon Jovi. Bardzo cenię sobie tych panów, a ich muzyka pomimo upływu lat nie zawodzi, nie tracąc swojego charakteru.

Po piąte podtrzymuję nadal kontakty z tymi troszkę młodszymi znajomymi. Niezmiennie uwielbiam słuchać jedynego albumu nagranego przez George’a Ezrę, a Studio Accantus co tydzień dostarcza mi nowej radości – w tym roku najbardziej spektakularne było „Marzenie mam”, „Jeden z nas”, „Pokonać grawitację” i „Królowie świata”, co, nie ukrywam, też w jakiś sposób motywuje mnie do dalszych muzycznych poszukiwań.

I wreszcie po szóste – nadal grzebię w zasobach Youtuba i ciągle odkrywam nowe, piękne utwory i niezwykle utalentowanych wykonawców. Nie sposób wspomnieć wszystkich: Collabro, Kurt Schneider, One Voice Children’s Choir, Pentatonix, Home Free, Jonathan Young, Musicality, BYU Men’s Chorus i wielu, wielu, wielu innych. Mogę tylko obiecać, że będę się dzieliła na cooolturce tymi, którzy najbardziej przypadli mi do gustu.

A w Nowym Roku życzę Wam wielu ciekawych kulturalnych doznań oraz czasu, by się nimi cieszyć :)

Opublikowano Moja ulubiona muzyka, Zestawienia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

A capella na Gwiazdkę

W tym roku w moich głośnikach zdecydowanie królują kolędy jednego wykonawcy – Pentatonix, genialnego amerykańskiego zespołu a capella. Scott Hoying, Kirstie Maldonado, Mitch Grassi, Avi Kaplan i Kevin Olusola tworzą razem wielowarstwową muzykę, bawiąc się konwencją i brzmieniem. Co lepsze, ich utwory w niczym nie ustępują wersjom nagrywanym z udziałem instrumentów! Pentatonix przewyższają nawet Petera Hollensa – podczas gdy on ma do dyspozycji tylko swój głos, ich jest pięcioro, a w swoich szeregach mają także bitboxera, co nadaje ich muzyce większego dynamizmu. Choć Pentatonix aranżują przeróżne utwory, zdecydowanie najbardziej podobają mi się ich kolędy i świąteczne piosenki i to właśnie nimi chciałabym się z Wami podzielić w te Święta.

Z okazji Bożego Narodzenia życzę Wam zdrowia i spełnienia marzeń, sił na każdy dzień i motywacji do podejmowania wyzwań oraz powodów do radości i radości bez powodu. Wesołych Świąt!

Opublikowano Wygrzebane na Youtubie | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Ekranizacja „Emmy” Jane Austen – film kontra miniserial

vs

Po szczęśliwym zeswataniu swojej przyjaciółki Emma Woodhouse postanawia zająć się aranżowaniem małżeństw. Kiedy poznaje Harriet Smith, bierze sobie za punkt honoru wydanie tego nierozgarniętego stworzenia za mąż. Karze Harriet odrzucić oświadczyny zakochanego w niej farmera i szuka dla niej bogatego kandydata na męża – pastora lub dżentelmena. Pochłonięta swataniem Emma nieświadomie bierze udział w paru małych skandalach, a przede wszystkim jest głucha na rady swojego przyjaciela – pana Knightley’a.

Powieści Jane Austen są wdzięcznym obiektem ekranizacji. Miałam ostatnio okazję porównać dwie z nich – film z 1996 oraz miniserial BBC z 2009 roku. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, była obsada. Emma Woodhouse w zasadzie nie jest postacią na wskroś pozytywną – łatwo rani ludzi, jej zachowania są drażniące, ale w ostatecznym rozrachunku dzięki samokrytyce wychodzi na plus. Romola Garai grająca Emmę w miniserialu przeszła wszystkie te etapy, ale nie można tego niestety powiedzieć o Gwyneth Paltrow, która zatrzymała się na etapie drażniącej Emmy. Co do pana Knightley’a – zarówno Jonny Lee Miller, jak i Jeremy Northam byli świetni, każdy na swój sposób. Za to w przypadku reszty obsady widoczna jest ta sama dysproporcja, co w przypadku głównej bohaterki – miniserial jest pełen wyrazistych postaci o zapadających w pamięć twarzach (brawa dla Michaela Gambona!), w filmie przez ekran przewijają się tabuny ludzi, których trudno docenić – nawet tych znanych jak Ewan McGregor czy Toni Collette.

Jeśli chodzi o bardziej formalne kwestie, siłą rzeczy dynamika i psychologia postaci jest staranniejsza i bardziej przemyślana w miniserialu, podczas gdy w filmie nie było na to czasu. Na serial lepiej też się patrzyło – ładne ujęcia i stonowane barwy są przecież znakiem firmowym BBC! Film znowu wypadł gorzej ze swoją zbyt jaskrawą kolorystyka wyraźnie gryzącą się z atmosferą wykreowaną przez Jane Austen w książkach. Pod jednym względem serial i film są równie dobre – muzyka w obu jest urocza, nastrojowa i figlarna, co więcej – Rachel Portman za soundtrack do filmu zdobyła Oscara!

Moje ogólne wrażenia: miniserial BBC jest miły i wyważony i co jakiś czas warto go sobie przypomnieć. Z kolei film nie wyróżnia się niczym szczególnym z tłumu produkcji, do których nie ciągnie widza po raz kolejny.

Opublikowano Filmy, Seriale | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Trzeba na siebie uważać – „Adwokat diabła”

Kevin Lomax to utalentowany prawnik, który nie przegrał jeszcze ani jednej sprawy. Jest młody i przystojny, ma piękną kochającą żonę Mary Ann, niczego mu nie brakuje, jednak przyjmuje propozycję pracy w kancelarii Johna Miltona i wraz z Mary Ann przeprowadza się do Nowego Jorku. Podczas gdy on całe dnie spędza na sali sądowej, ona w samotności urządza nowe mieszkanie. Zaczynają się mijać, Mary Ann czuje się coraz bardziej opuszczona przez męża, cierpi także z powodu niemożności zajścia w ciążę. Kevin zdaje się nie zauważać nawet początków choroby psychicznej żony, pochłonięty uniewinnianiem kolejnych klientów mimo tego, że są ewidentnie winni zarzucanych im czynów – po prostu ratuje ich moralną zgniliznę od należnej kary. Fascynuje go także postać szefa – John Milton potrafi być ujmujący i władczy jednocześnie, jest charyzmatyczny, otacza się pięknymi kobietami, bywa też pragmatyczny i bezbłędnie przewiduje wszelkie ludzkie relacje. Z czasem okazuje się, że praca dla niego może odebrać Kevinowi wszystko.

„Adwokat diabła” to klasyk, który mimo upływu lat nadal jest powszechnie chwalony. Skąd ten sukces? Otóż film ten łączy składowe, które samodzielnie pojawiają się w wielu obrazach, ale razem występują niezmiernie rzadko. Mam na myśli dobry pomysł, wystarczająco zawiły scenariusz, przekaz dla widza, świetnie dobraną obsadę i realizację broniącą się nawet 20 lat później. Co więcej, elementy te płynnie się przenikają, by razem stworzyć starannie zrobioną całość.

Dla widza ważne jest przede wszystkim to, co widzi, dopiero potem zaczyna myśleć. Widzi więc piękną Charlize Theron i przystojnego Keanu Reevesa – młodych, bogatych, zakochanych. Śledzi ich przeprowadzkę, relację i ewolucję, a potem jego oczom ukazuje się John Milton. Tak, John Milton, nie Al Pacino, bo aktor stuprocentowo zlał się ze swoją postacią, nie pozostawił w niej ani milimetra przerwy między sobą a Miltonem. To żadna tajemnica, że choć głównym bohaterem jest postać Reevesa, osią całej opowieści jest Milton – charyzmatyczny i groźny, o aparycji Ala Pacino i charakterze diabła. Mary Ann i Kevin, mimo wolnej woli, stają się jego marionetkami, a ostatecznie beznadziejność ich sytuacji wyraża szaleństwo brawurowo zagrane przez Charlize Theron i pełne szoku zrozumienie malujące się na przystojnej twarzy Keanu Reevesa.

Zatem z czystym sumieniem „Adwokata diabła” mogę określić najtrafniejszym dla thrillera słowem – gęsty. Pełno tu wydarzeń budujących napięcie i zagęszczających atmosferę, a takiego zakończenia nikt się nie spodziewa, choć wszyscy je znają. Przekaz też jest klasyczny, jednak w tym formacie niezwykle uderzający i pozostawia widza w stanie osłupienia, niedowierzania i… osaczenia.

Tak było też ze mną. Mam poczucie, że zobaczyłam dobrze zrobiony film, który mnie wystraszył i uświadomił, że pokusa czeka na każdym kroku, pycha niszczy ludzi, a człowiek, który chce trzymać się zasad, musi na siebie bardzo uważać.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , | Skomentuj

Przekochane – „Pan Kuleczka” Wojciecha Widłaka

Czasami zdarza mi się przez przypadek wrócić do czegoś, co uwielbiałam w dzieciństwie. W efekcie na nowo pokochałam między innymi bajki Disney’a czy wróciłam do wierszyków Danuty Wawiłow. W ten sposób dowiaduję się, że jeszcze nie jestem całkiem dorosłą osobą, w tajemnicy planuję też, co kiedyś będę czytać i pokazywać swoim dzieciom.

Kolejnym takim bodźcem pobudzającym mnie do podróży w czasie było wydanie kolejnej książeczki z serii o Panu Kuleczce pisanej przez Wojciecha Widłaka. Cała rodzina zgodziła się, że trzeba uzupełnić kolekcję, oczywiście dla kolejnego pokolenia, ale każdy po kryjomu „Pana Kuleczkę” przeczytał. Bo wszyscy kochamy Pana Kuleczkę, a powiedzonka z tych książeczek i audiobooków na ich podstawie weszły już na stałe do naszych rodzinnych rozmów.

I tym razem były to niedługi zbiorek przekochanych opowiadań o perypetiach Pana Kuleczki, kaczki Katastrofy, psa Pypcia i muchy Bzyk-Bzyk. Historyjki zawsze mają w sobie dużo ciepła, życiowe refleksje i  element zaskoczenia na koniec. Dzieci są zafascynowane łobuzerską kaczką Katastrofą, niektórzy identyfikują się z flegmatycznym psem Pypciem lub malutką muszką Bzyk-Bzyk, a dorośli chcąc nie chcąc rozumieją Pana Kuleczkę, który musi zapanować nad tą wesołą gromadką. Książeczki z serii o Panu Kuleczce zawsze zawierają dużo złotych myśli, a kolorowe ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej pamięta się przez wiele lat. Z rozrzewnieniem wspominam także audiobooki, które kiedyś dawno dołączane były do gazet typu „Mama i ja” – do dziś potrafię wyrecytować ich fragmenty!

Nie wypada mi przepisywać całych opowiadań, a audiobooków nie ma na YouTube, więc chciałabym podzielić się z Wami ilustracjami – moimi wspomnieniami z dzieciństwa.

Opublikowano Wspomnienia z dzieciństwa | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Muzyka filmowa – Howard Shore

Niewielu by go znało, gdyby nie „Władca Pierścieni”. Chociaż Howard Shore ma w swoim dorobku dziesiątki ścieżek dźwiękowych, do historii przejdzie właśnie z powodu skomponowania muzyki do ekranizacji prozy Tolkiena, za którą kompozytor otrzymał dwa Oscary.

Zatem największym życiowym osiągnięciem Shore’a jest muzyka do trylogii „Władca Pierścieni”. Zaraz za nią mamy całego „Hobbita” – akurat w tej kwestii rozdmuchanie historii do granic możliwości dostarczyło nam więcej dobrej muzyki. Ścieżki dźwiękowe autorstwa Howarda Shore’a możemy usłyszeć także w „Zaćmieniu”, „Filadelfii”, „Siedem”, „Milczeniu owiec”, „Pani Doubtfire”, „Spotlight” i wielu innych – fragmenty znajdziecie w mojej liście przebojów, dodatkowo na jej końcu znajdziecie krótki filmik, w którym wyjaśniono konstrukcję muzyki do „Władcy Pierścieni”. Miłego słuchania!

Opublikowano Muzyka filmowa | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Nie uratowała go nawet obsada – „Siódmy syn”

Stracharze zajmują się tępieniem czarownic i potworów. Ostatni z nich szuka następcy – musi to być wyjątkowo uzdolniony siódmy syn siódmego syna. W ten sposób na naukę do niego trafia młody Tom Ward. Jednak niebawem władzę nad światem spróbuje przejąć najpotężniejsza z czarownic – Mateczka Malkin, a zadaniem stracharza i Toma jest jej pokonanie. Całą sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że Tom zakochuje się w młodej czarownicy, która jest siostrzenicą Mateczki Malkin.

Miałam nadzieję na kawałek przyzwoitego fantasy. „Siódmy syn” jednak nie został nakręcony całkiem serio i to go pogrążyło. Twórcom nie udało się powstrzymać brawury, pod wpływem której wiele niezłych filmów straciło powagę na tyle, że sporej części widzów zaczęło to przeszkadzać. Tak właśnie poległ „Hobbit”! A to, że pomysł na postać stracharza po naszym rodzimym Wiedźminie nikogo już nie zachwyca, to całkiem inna sprawa…

„Siódmemu synowi” zabrakło jednocześnie dynamiki – zarówno akcji, jak i postaci. Doszło do tego, że najmniej nielubianą przeze mnie postacią była Mateczka Malkin, bo stracharz był po prostu starym zgredem, a Tom pacholęciem bez charakteru. Winą za to obarczam też obsadę. Niestety cztery dobre i bardzo dobre nazwiska nie dały rady uratować tego filmu. Julianne Moore zagrała po raz kolejny tzw. zimną sukę, co niby dobrze jej wychodzi, ale ileż można powielać ten sam schemat. Jeff Bridges wypadł słabo, jakby nie chciało mu się otwierać ust czy wydobyć jakiejkolwiek głębi ze swojej postaci. Obiecująca Alicia Vikander rolą młodej czarownicy nic nie wniosła do rozwijającej się kariery. Bardzo zasmucił mnie Ben Barnes – pomijam już fakt, że facet w wieku 35 lat nadal grywa chłopaczków – ale robi to z coraz mniejszym zainteresowaniem i od czasu „Opowieści z Narnii” i „Doriana Graya” po prostu nie grywa w ciekawszych filmach. Mam nadzieję, że jeszcze znajdzie się dla niego jakaś dobra rola w szanowanym filmie, bo chciałabym kiedyś pokazać moim dzieciom dobry film i móc im z dumą powiedzieć „Patrzcie dzieci, ten pan to Ben Barnes , mamusia się w nim kochała, jak była młoda”. Ech, bardzo lubię na niego patrzeć, nie lubię za to patrzeć, jak się facet marnuje.

Mój matematyk najlepiej podsumowałby ten film: „o Jezu, słabo to poszło!”.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , , | Skomentuj

Smartfon dziewczyny z perłą – projekt „Art X Smart”

Koreański ilustrator Kim Dzong-Kyu w swoim projekcie graficznym w przewrotny sposób przerobił klasyczne dzieła sztuki – uwspółcześnił je, wkładając ich bohaterom do rąk elektroniczne gadżety. Grafika z projektu „Art X Smart” na pierwszy rzut oka jest zabawna, zaskakuje swoim konceptem i pomysłowością twórcy, ale kiedy przyjrzeć się jej bliżej, ujawnia smutną prawdę o naszym przywiązaniu do elektroniki. Kilka przykładów możecie zobaczyć poniżej.

Opublikowano Fotografia, grafika, malarstwo, rzeźba i nie tylko... | Otagowano , , | Skomentuj