Wiecznie niezadowoleni – „O północy w Paryżu”

Pisarz Gil przyjeżdża wraz z narzeczoną do Paryża. Podczas gdy ona spędza czas z byłym chłopakiem, on szuka natchnienia. Podczas spacerów o północy Gil przenosi się w czasie do złotej epoki – Paryża lat 20., gdzie poznaje Ernesta Hemingwaya, Salvadora Dali, Pabla Picassa, Francisa Scotta Fitzgeralda i wielu innych artystów. Jest urzeczony charyzmą tych ludzi, zakochuje się też w pięknej Adrianie i dopiero wtedy zdaje sobie sprawę z tego, że jego prawdziwe życie nie jest tym, co sobie wymarzył.

„O północy w Paryżu” to mój pierwszy kontakt z kinem Woody’ego Allena – rzeczywiście bardzo udany film! Dla mnie wszystko było zrozumiałe, pomysł bardzo mi się spodobał, a plejada znanych twarzy cieszyła oko. Co prawda nie przepadam za Owenem Wilsonem, który na moje nieszczęście grał główną rolę, ale innych postaci granych przez znanych i lubianych było tyle, że Wilson zgubił się w tym barwnym tłumie. Zacznijmy od pań: lekko narwana Rachel McAdams i dziarska Kathy Bates oraz Carla Bruni i Lea Seydoux na drugim planie były świetne, ale niezaprzeczalną ozdobą filmu była Marion Cotillard – naprawdę, jak można być tak utalentowaną i piękną jednocześnie? To nie fair w stosunku do reszty własnej płci! Panowie wcale nie byli gorsi: uprzejmie uśmiechnięty Tom Hiddleston, intrygujący Corey Stoll, przemądrzały Michael Sheen oraz bardzo salvadoro-dalowy Adrien Brody z Paryżem w tle dostarczyli mi jako widzowi dużo przyjemności.

Bardzo mądry jest też morał płynący z tego bądź co bądź niedługiego i nieskomplikowanego filmu – człowiek nigdy nie będzie zadowolony z własnej epoki, nawet jeśli z perspektywy kolejnych pokoleń będzie ona genialna. Zawsze będziemy pragnąć powrotu do dawnych czasów, a nawet wysłannik z przyszłości nie wyperswaduje nam, że żyjemy w Belle Epoque. Ciekawa jestem, jak w przyszłości postrzegane będą nasze czasy: jako cud czy drugie średniowiecze?

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Co ten Paint znowu zmalował? – „History Of Classical Music”

Pamiętacie Jona Cozarta vel Painta? Tego, który zrobił z disneyowskich księżniczek psychopatki? Chociaż jak na Youtubera jest, hm, oszczędny w publikowaniu nowych filmów, kiedy coś już wreszcie nagra, robi to z pompą i fajerwerkami. Nie zawsze jest stuprocentowo poprawny i zdecydowanie nie jest całkowicie normalny, ale jego nagrania mają „to coś”, co sprawia, że ludzi ciągnie do tego zakręconego gościa.

A co zmalował tym razem? Panie i panowie, przedstawiam Wam krótką historię muzyki klasycznej acapella!

Czyż ten człowiek nie jest szalony? :D

Opublikowano Wygrzebane na Youtubie | Otagowano , , , | Skomentuj

Za dużo zakończeń – „Australia”

Kiedy arystokratka Sarah Ashley przyjeżdża do Australii, okazuje się, że jej męża zamordowano, a ona została właścicielką sporej farmy, pól oraz stad bydła. Między nią a zarządcą Fletcherem wybucha konflikt, więc Sarah wygania go i mimo wszelkich przeciwności losu utrzymuje majątek męża. Dzięki aborygeńskiej służbie poznaje trochę rdzennych mieszkańców Australii i uczy się kochać ten kraj, opiekuje się też pół-Aborygenem, pół-białym chłopcem o imieniu Nullah. W utrzymaniu posiadłości pomaga jej poganiacz bydła i wolny duch Drover. Mimo początkowej niechęci tych dwoje zupełnie różnych ludzi wkrótce  się w sobie zakochuje. I tutaj film mógł się skończyć, ale tak się nie stało – kolejnymi problemami były stosunek białych do mieszańców takich jak Nullah, japońskie bombardowania Darwin (rzecz ma miejsce podczas II wojny światowej) oraz zemsta żądnego krwi Fletchera.

Do „Australii” miałam bardzo pozytywne nastawienie – polecali mi ją znajomi, akcja dzieje się w interesującym mnie miejscu, Filmweb obiecywał też Hugh Jackmana, więc jak miałam się nie skusić? Olałam nawet fakt, że „Australia” to prawie trzy godziny wycięte  z życiorysu i zasiadłam przed ekranem.

Od razu zachwyciły mnie piękne widoki. Od razu też poczułam, że „Australia” nie jest czymś zupełnie oryginalnym, baaardzo przypomina „Pożegnanie z Afryką”, a muzyka jest zlepkiem nut, które już gdzieś słyszałam. W filmie nawalała też dynamika akcji – każdy wątek musiał zostać zamknięty zanim rozpoczął się kolejny. To sprawiało, że „Australia” miała kilka zakończeń, a w rzeczywistości nie mogła się skończyć, jakby sklejono w całość serial albo podzielono wątki zamiast je na siebie nałożyć. Zrobiło mi się przykro, kiedy to sobie uświadomiłam.

Ale na pocieszenie była znana obsada. Chociaż Nicole Kidman bardzo angażowała się w ten film, nie udało jej się mnie zadziwić, co więcej, momentami bywała drętwa. Hugh Jackmana obejrzałam sobie ponownie w nieco innej roli i muszę przyznać, że po prostu pasował do swojej postaci. Zaskoczeniem  dla mnie był David Wenham w roli czarnego charakteru – nie spodziewałam się, że ten sympatyczny skądinąd aktor (kojarzony przeze mnie jako Faramir z „Władcy Pierścieni”) może starannie zagrać taką szuję. No i wreszcie ozdoba tego filmu: młody Brandon Walters w roli Nullah był zawadiacki i wzruszający jednocześnie.

„Australia” mogłaby być idealna, gdyby ją inaczej zmontować. Chętnie zobaczyłabym jakąś ciut krótszą przeróbkę, w której wątki zgrabnie się przeplatają, a w tle gra charakterystyczny dla tego filmu motyw muzyczny. Zadowoliłabym się też w zupełności jednym porządnym zakończeniem.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , , | Skomentuj

Covery, które dorównują oryginałowi: Nelly vs Sam Tsui, Christina Grimmie i Kurt Hugo Schneider „Just A Dream”

Piosenka „Just A Dream” amerykańskiego rapera Nelly ukazała się ponad 6 lat temu i zrobiła niemałą furorę na całym świecie, podbijając listy przebojów. To kolejna piosenka o miłości, jakich wiele już było i wiele będzie, ale muzyczne dopracowanie tego utworu sprawiło, że stał się znany i lubiany.

Chyba najbardziej znanym coverem „Just A Dream” jest duet Sama Tsui i Christiny Grimmie do akompaniamentu Kurta Hugo Schneidera. Ta wersja jest spokojniejsza, bardziej liryczna i brzmi intymniej, ale nabrała zupełnie nowego znaczenia po tym, jak Christina została zastrzelona po swoim koncercie w czerwcu tego roku. Pod filmem zaroiło się od komentarzy fanów wspominających talent dziewczyny, a „Just A Dream” stało się utworem, nad którym wiele osób płakało. Szkoda, że tak utalentowana młoda osoba odeszła tak szybko, zostawiła jednak po sobie piękną muzykę.

Obie wersje – oryginał i cover – do porównania poniżej.

 

P.S. Z powodu kolejnego roku szkolnego, który tym razem będzie dla mnie starciem decydującym, wpisy będą pojawiać się raz w tygodniu – co sobotę. Dziękuję wszystkim czytającym mimo to!

Opublikowano Wygrzebane na Youtubie | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Niezwykłe dzieła Lubomira Tomaszewskiego cz. 2

Lubomir Tomaszewski zainspirowany między innymi swoimi wojennymi doświadczeniami tworzy serię obrazów za pomocą ognia i dymu. To autorska technika, za pomocą której z rąk artysty wychodzą ciekawe, zwiewne i subtelne wzory, czasem podkreślane dodatkowo kolorowym kartonem. Efekty są przepiękne. Chociaż nie jestem znawczynią sztuki, coś takiego chętnie powiesiłabym sobie na ścianie w salonie – nawet ja widzę, że to genialne w swojej prostocie!

L. tomaszewski foto USA kwiecien 16r (113)

13. Expressive Dance Plonaca Warszawa

Dramat

Obraz-Spojrzenie-w-przyszłosc-III-technika-autorska-dym-Lubomir-Tomaszewski-rok-2014

 

DSCN2096

W ataku

Obraz-Św.-Sebastian-technika-autorska-dym-i-ogień-Lubomir-Tomaszewski-rok-2009 Prometheus giving peace Lubomir Tomaszewski - 2008

Opublikowano Fotografia, grafika, malarstwo, rzeźba i nie tylko... | Otagowano , , | Skomentuj

„Ludzie mogą powiedzieć, że nie umiałam śpiewać, ale nikt nie powie, że nie śpiewałam” – „Boska Florence”

Film opowiada o Florence Foster Jenkins  – mecenasce sztuki, patronce artystów i miłośniczce muzyki, która za wszelką cenę pragnie śpiewać. Mimo licznych lekcji niemiłosiernie fałszuje, ale chce dzielić się swoją muzyką z ludźmi. We wszystkim wspiera ją mąż St. Clair Bayfield, który z miłości do żony zdaje się nie zauważać tego, że słoń nadepnął jej na ucho, nie pozwala też, aby do Florence nie dotarły niepochlebne i złośliwe opinie. Wszystko to robi, by uszczęśliwić żonę, która od ponad 50 lat walczy z syfilisem…

„Boska Florence” jest filmem opartym na faktach – to daje do myślenia. Bo kiedyś rzeczywiście żyła Florence Foster Jenkins – dobry duch artystycznego Nowego Jorku w pierwszej połowie XX wieku, nieudolna śpiewaczka, która nie słyszała swojego fałszu, a z muzyki cieszyła się jak dziecko. Miała swojego pianistę, który w zasadzie poświęcił jej swoją karierę. Miała też oddanego męża, który opłacał widzów, żeby zbyt głośno się nie śmiali, który dbał o jej dobre samopoczucie, płacił za lekcje śpiewu i trwał przy niej do końca. Wzruszające, prawda?

Chociaż przez ekran przewijały się tłumy, „Boska Florence” to film trzech osób. Simon Helberg w roli zabawnego pianisty McMoona wprowadził wątek komediowy poprzedzający pienia Florence. Meryl Streep już kilkakrotnie udowadniała, że śpiewać potrafi i to całkiem dobrze, ale tutaj pokazała, że fałszować potrafi jeszcze lepiej i dobrze się przy tym bawi. Zagrała Florence tak jak grywa większość swoich postaci – brawurowo. Jednak największym odkryciem tego filmu był dla mnie Hugh Grant. Widywałam go tylko w rolach nieśmiałych i ciut wymiętych amantów tudzież premierów i z tego powodu nigdy nie pałałam do niego miłością jako że nie był dla mnie ucieleśnieniem amanta. W „Boskiej Florence” mogłam zobaczyć go w roli głębszej i ciekawszej, która nie bazowała na jego niewinnym wyglądzie – notabene trochę już wody w Tamizie upłynęło od czasu, gdy Grantowi przypisywano wszystkie przymioty ciała, moim skromnym zdaniem jego gra aktorska tylko na tym zyskała. Świetnie znalazł się u boku Meryl Streep i właśnie z tamtego miejsca najbardziej wzruszał.

„Boska Florence” początkowo wydaje się być komedią, ale potem rozwija się w wzruszający dramat kobiety zmagającej się z chorobą i jej oddanego męża, trwającego przy niej mimo wszystko. Wydaje mi się, że głównym bohaterem filmu był St. Clair, a nie Florence, bo to jego rozterki pokazano widzowi, podczas gdy śpiewaczka była tylko ich rozświergoloną przyczyną. Film mogłabym określić na kilka sposobów: dobre kino biograficzne, wzruszający dramat, świetne popisy aktorskie oraz ponowne odkrycie Hugh Granta. Jeśli macie okazję – biegnijcie do kina!

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , , | Skomentuj

Niezwykłe dzieła Lubomira Tomaszewskiego cz. 1

Podczas wakacyjnych wojaży zawinęłam z rodziną do Ćmielowa. W Żywym Muzeum Porcelany dowiedziałam się, jak wytwarza się porcelanę i dlaczego u licha jest ona taka droga – z początkowych 100 filiżanek ostatecznie udaje się zaledwie 8… W galerii sztuki umieszczonej nad muzeum trafiliśmy na wystawę prac pana Lubomira Tomaszewskiego – malarza, rzeźbiarza i projektanta porcelany, człowieka renesansu. Chociaż pan Lubomir ma już ponad dziewięćdziesiąt lat, wciąż tworzy, a jego prace zachwycają lekkością i pomysłowością.

Lubomir Tomaszewski przede wszystkim zasłynął jako projektant porcelany – stworzył między innymi serwis herbaciany bez uszek i liczne figurki.

porcelana

 

Zajmuje się też rzeźbą – jego dzieła łączące drewno, metal i kamień są niezwykle pomysłowe.

rzeźba

 

Ale najbardziej zachwyciły mnie obrazy wykonane jego autorską techniką – chcę Wam pokazać ich więcej, zatem żeby nie stworzyć gigantycznego posta postanowiłam wrzucić jej w drugiej części wpisu.

Opublikowano Fotografia, grafika, malarstwo, rzeźba i nie tylko... | Otagowano , , , | Skomentuj

Niepoważny ten musical – „Tajemnice lasu”

Każdy ma jakieś życzenie. Uboga sierota chce dostać się na bal u księcia, dziewczynka w czerwonej pelerynie chce zanieść chleb chorej babci, pewien chłopczyk chce, żeby jego ukochana krowa została w domu, podczas gdy jego matka każe mu ją sprzedać,  a piekarz i jego żona pragną dziecka. Z tego powodu wszyscy trafiają do tytułowego zaczarowanego lasu. Czerwony Kapturek jest napastowany przez złego wilka, Kopciuszek na grobie matki prosi o suknię na bal, chłopczyk prowadzi krowę na targ, a piekarz z żoną realizują polecenie wiedźmy, która obiecała zdjąć z nich klątwę. W tle mamy jeszcze długowłosą blond piękność w wieży oraz dwóch książąt bolejących nad nieosiągalnością wybranek serca.

Mam pewne podejrzenia co do okoliczności powstania tej historii: komuś bajka z klasycznymi baśniami wpadła do miksera, a z powstałej brei powstał koncept „Tajemnic lasu”. Najpierw był musical, a w 2014 roku powstała jego ekranizacja, której ostatnio poświęciłam cały wieczór. No dobrze, przeanalizujmy to, hm, arcydzieło kinematografii.

„Tajemnice lasu” to musical, ale jak dla mnie brakuje tu przeboju. Zaczynało się nieźle – piosenka na wejście mogła być początkiem czegoś niezłego, ale sporo kwestii nie było ani mówionych, ani śpiewanych – raczej rapowanych, a to w gatunku „musical” jakoś mnie nie bierze.

Największą kartą przetargową tego filmu była obsada – same znajome twarze. Meryl Streep została czarownicą, co nie wydaje takim złym wyborem, ale „Tajemnice lasu” to chyba za mało ambitny projekt dla tak utytułowanej aktorki. Johnny’ego Deppa okrzyknięto gwiazdą produkcji, ale na ekranie pojawiał się może przez 10 minut i to też nie było najgenialniejsze 10 minut jego kariery. Za to dla odrobinkę mniej znanych aktorów „Tajemnice lasu” były przerywnikiem w sam raz. Emily Blunt, Anna Kendrick, James Corden i Chris Pine pewnie mieli niezły ubaw kręcąc swoje sceny i troszkę to widać – że obsada nie do końca brała ten film na serio. Zwłaszcza w scenie licytujących się książąt świetnie to widać – który bardziej się wygłupi?

Do tego zakończenie do bólu przypominało jakiś tani średniowieczny moralitet, więc nawet ostateczne wrażenie nie było dobre. Nie rozumiem więc, dlaczego my, widzowie, powinniśmy brać „Tajemnice lasu” na poważnie.

Opublikowano Musicale | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Nowa droga, nowy singiel, nowa płyta – Bon Jovi „This House Is Not For Sale”

Bon Jovi poświęciłam już cały wpis, ale jako że stara miłość nie rdzewieje, chciałabym podzielić się radością, jaką sprawiły mi najnowsze  wieści.

21 października tego roku ukarze się czternasty album zespołu zatytułowany „This House Is Not For Sale” – wyraźnie odbicie się od dna po tym, jak w 2013 roku zespół opuścił gitarzysta Richie Sambora. Bałam się, że bez niego Bon Jovi mimo wszystko nie będzie już takie samo. W zeszłym roku ukazała się co prawda płyta „Burning Bridges”, ale w dużej mierze były to po raz pierwszy nagrane, lecz stare piosenki, które nadal przypominały fanom o Richiem.

Na szczęście kilka dni temu wydany został pierwszy singiel o tym samym tytule, co nadchodzący album. I fani odetchnęli, bo „This House Is Not For Sale” jest jednocześnie zapewnieniem zespołu o jedności i sile oraz powrotem do korzeni. Phil X chyba na stałe zastąpił Richiego i robi to świetnie, jako członek zespołu został też wreszcie zaakceptowany basista Hugh McDonald. Cóż więcej mogę napisać, singla świetnie się słucha, tekst w fantastyczny sposób nawiązuje do obecnej sytuacji zespołu – który nie jest na sprzedaż, bo członkowie zbudowali go własnymi siłami. Im dłużej słucham tej piosenki, tym bardziej jestem dumna, że moi ukochani muzycy potrafią mimo zmian trzymać się razem.

Panie i panowie, przed Wami nowy singiel!

Opublikowano Moja ulubiona muzyka | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

„Dla ciebie tysiąc razy” – „Chłopiec z latawcem” Khaleda Hosseini

Amir jest synem afgańskiego bogacza. Wychowywał się z Hassanem, synem służącego i mimo że chłopak zrobiłby dla niego wszystko, Amir czuje się lepszy od niepiśmiennego sługi. Jest  też zwyczajnie o niego zazdrosny, bo ojciec okazuje Hassanowi znacznie więcej sympatii niż synowi. Żeby przypodobać się ojcu i zasłużyć na jego miłość, Amir wygrywa zawody latawców, co w Afganistanie jest powodem do dumy i chluby. Wtedy też jest świadkiem tego, jak szef miejscowej bandy nastolatków gwałci Hassana, ale nie robi nic, by temu zapobiec. Nękany wyrzutami sumienia coraz bardziej oddala się od Hassana, a kiedy w Afganistanie wybucha wojna, Amir ucieka z ojcem do Ameryki, by już więcej nie zobaczyć oddanego sługi. W Stanach mimo początkowej biedy Amir jakoś sobie radzi, kończy studia, zaczyna pisać powieści, żeni się z piękną Sorają. Potem okazuje się, że nie mogą mieć dzieci, ojciec Amira umiera, a on dowiaduje się, że Hassan został zabity i osierocił synka. Amir leci więc do terroryzowanego przez talibów Afganistanu, żeby odszukać chłopca i odkupić dawne winy.

Niewiele brakowało, bym oddała „Chłopca z latawcem” do biblioteki bez czytania. Jednak kiedy już zaczęłam go czytać, wiedziałam, że muszę go skończyć. Książkę czyta się wartko, nie ma nudnych fragmentów, cały czas coś się dzieje. Język jest plastyczny i opisowy, smaczku powieści nadają afgańskie wtrącenia i nazwy własne, zatem pod względem literackim „Chłopca z latawcem” czytało się jednym tchem. Autor genialnie potrafi łączyć wątki, żadna sprawa nie została niewyjaśniona, a wiele historii w zaskakujący sposób ostatecznie zlało się ze sobą. Oprócz tego powieść jest niezwykle wzruszająca – nie pamiętam, kiedy ostatnio musiałam się tak powstrzymywać od płaczu w miejscu publicznym i kiedy tak chlipałam w zaciszu swojego pokoju. „Chłopca z latawcem” trzeba przeczytać, żeby poznać inną kulturę i po prostu się wzruszyć nad historią człowieka nękanego przez wyrzuty sumienia.

Opublikowano Do czytania | Otagowano , | Skomentuj