Przekochane – „Pan Kuleczka” Wojciecha Widłaka

Czasami zdarza mi się przez przypadek wrócić do czegoś, co uwielbiałam w dzieciństwie. W efekcie na nowo pokochałam między innymi bajki Disney’a czy wróciłam do wierszyków Danuty Wawiłow. W ten sposób dowiaduję się, że jeszcze nie jestem całkiem dorosłą osobą, w tajemnicy planuję też, co kiedyś będę czytać i pokazywać swoim dzieciom.

Kolejnym takim bodźcem pobudzającym mnie do podróży w czasie było wydanie kolejnej książeczki z serii o Panu Kuleczce pisanej przez Wojciecha Widłaka. Cała rodzina zgodziła się, że trzeba uzupełnić kolekcję, oczywiście dla kolejnego pokolenia, ale każdy po kryjomu „Pana Kuleczkę” przeczytał. Bo wszyscy kochamy Pana Kuleczkę, a powiedzonka z tych książeczek i audiobooków na ich podstawie weszły już na stałe do naszych rodzinnych rozmów.

I tym razem były to niedługi zbiorek przekochanych opowiadań o perypetiach Pana Kuleczki, kaczki Katastrofy, psa Pypcia i muchy Bzyk-Bzyk. Historyjki zawsze mają w sobie dużo ciepła, życiowe refleksje i  element zaskoczenia na koniec. Dzieci są zafascynowane łobuzerską kaczką Katastrofą, niektórzy identyfikują się z flegmatycznym psem Pypciem lub malutką muszką Bzyk-Bzyk, a dorośli chcąc nie chcąc rozumieją Pana Kuleczkę, który musi zapanować nad tą wesołą gromadką. Książeczki z serii o Panu Kuleczce zawsze zawierają dużo złotych myśli, a kolorowe ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej pamięta się przez wiele lat. Z rozrzewnieniem wspominam także audiobooki, które kiedyś dawno dołączane były do gazet typu „Mama i ja” – do dziś potrafię wyrecytować ich fragmenty!

Nie wypada mi przepisywać całych opowiadań, a audiobooków nie ma na YouTube, więc chciałabym podzielić się z Wami ilustracjami – moimi wspomnieniami z dzieciństwa.

Opublikowano Wspomnienia z dzieciństwa | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Muzyka filmowa – Howard Shore

Niewielu by go znało, gdyby nie „Władca Pierścieni”. Chociaż Howard Shore ma w swoim dorobku dziesiątki ścieżek dźwiękowych, do historii przejdzie właśnie z powodu skomponowania muzyki do ekranizacji prozy Tolkiena, za którą kompozytor otrzymał dwa Oscary.

Zatem największym życiowym osiągnięciem Shore’a jest muzyka do trylogii „Władca Pierścieni”. Zaraz za nią mamy całego „Hobbita” – akurat w tej kwestii rozdmuchanie historii do granic możliwości dostarczyło nam więcej dobrej muzyki. Ścieżki dźwiękowe autorstwa Howarda Shore’a możemy usłyszeć także w „Zaćmieniu”, „Filadelfii”, „Siedem”, „Milczeniu owiec”, „Pani Doubtfire”, „Spotlight” i wielu innych – fragmenty znajdziecie w mojej liście przebojów, dodatkowo na jej końcu znajdziecie krótki filmik, w którym wyjaśniono konstrukcję muzyki do „Władcy Pierścieni”. Miłego słuchania!

Opublikowano Muzyka filmowa | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Nie uratowała go nawet obsada – „Siódmy syn”

Stracharze zajmują się tępieniem czarownic i potworów. Ostatni z nich szuka następcy – musi to być wyjątkowo uzdolniony siódmy syn siódmego syna. W ten sposób na naukę do niego trafia młody Tom Ward. Jednak niebawem władzę nad światem spróbuje przejąć najpotężniejsza z czarownic – Mateczka Malkin, a zadaniem stracharza i Toma jest jej pokonanie. Całą sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że Tom zakochuje się w młodej czarownicy, która jest siostrzenicą Mateczki Malkin.

Miałam nadzieję na kawałek przyzwoitego fantasy. „Siódmy syn” jednak nie został nakręcony całkiem serio i to go pogrążyło. Twórcom nie udało się powstrzymać brawury, pod wpływem której wiele niezłych filmów straciło powagę na tyle, że sporej części widzów zaczęło to przeszkadzać. Tak właśnie poległ „Hobbit”! A to, że pomysł na postać stracharza po naszym rodzimym Wiedźminie nikogo już nie zachwyca, to całkiem inna sprawa…

„Siódmemu synowi” zabrakło jednocześnie dynamiki – zarówno akcji, jak i postaci. Doszło do tego, że najmniej nielubianą przeze mnie postacią była Mateczka Malkin, bo stracharz był po prostu starym zgredem, a Tom pacholęciem bez charakteru. Winą za to obarczam też obsadę. Niestety cztery dobre i bardzo dobre nazwiska nie dały rady uratować tego filmu. Julianne Moore zagrała po raz kolejny tzw. zimną sukę, co niby dobrze jej wychodzi, ale ileż można powielać ten sam schemat. Jeff Bridges wypadł słabo, jakby nie chciało mu się otwierać ust czy wydobyć jakiejkolwiek głębi ze swojej postaci. Obiecująca Alicia Vikander rolą młodej czarownicy nic nie wniosła do rozwijającej się kariery. Bardzo zasmucił mnie Ben Barnes – pomijam już fakt, że facet w wieku 35 lat nadal grywa chłopaczków – ale robi to z coraz mniejszym zainteresowaniem i od czasu „Opowieści z Narnii” i „Doriana Graya” po prostu nie grywa w ciekawszych filmach. Mam nadzieję, że jeszcze znajdzie się dla niego jakaś dobra rola w szanowanym filmie, bo chciałabym kiedyś pokazać moim dzieciom dobry film i móc im z dumą powiedzieć „Patrzcie dzieci, ten pan to Ben Barnes , mamusia się w nim kochała, jak była młoda”. Ech, bardzo lubię na niego patrzeć, nie lubię za to patrzeć, jak się facet marnuje.

Mój matematyk najlepiej podsumowałby ten film: „o Jezu, słabo to poszło!”.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , , | Skomentuj

Smartfon dziewczyny z perłą – projekt „Art X Smart”

Koreański ilustrator Kim Dzong-Kyu w swoim projekcie graficznym w przewrotny sposób przerobił klasyczne dzieła sztuki – uwspółcześnił je, wkładając ich bohaterom do rąk elektroniczne gadżety. Grafika z projektu „Art X Smart” na pierwszy rzut oka jest zabawna, zaskakuje swoim konceptem i pomysłowością twórcy, ale kiedy przyjrzeć się jej bliżej, ujawnia smutną prawdę o naszym przywiązaniu do elektroniki. Kilka przykładów możecie zobaczyć poniżej.

Opublikowano Fotografia, grafika, malarstwo, rzeźba i nie tylko... | Otagowano , , | Skomentuj

Filmowe sceny, podczas których pocą mi się oczy

Jestem miękkim egzemplarzem widza i to żadna tajemnica. Bardzo łatwo jest mnie wyprowadzić z równowagi – wystarczy jedna linijka tekstu lub rzewna muzyczka, żebym potrzebowała kartonu chusteczek. To tylko przekonuje mnie ostatecznie, że nie jestem jeszcze tak cyniczna jak niektórzy twierdzą.

Są jednak momenty, które wyjątkowo mnie wzruszają, nieważne, że soundtrack znam na pamięć (nieomalże od tyłu), a film oglądam po raz nasty, więc nie ma mowy o elemencie zaskoczenia – po prostu stałym punktem programu jest pochlipywanie na tej czy innej scenie. Poniżej znajdziecie wybór kilku takich momentów – uważajcie na spojlery, bo w tym przypadku to nieuniknione.

1)      „O Kapitanie, mój Kapitanie!”

„Stowarzyszenie umarłych poetów” jest świetnym filmem, co do tego nie ma wątpliwości. Perypetie nastoletnich chłopców, którzy uczą się kochać poezję, są dla mnie wprost hipnotyzujące, ale to postać ich nauczyciela granego przez wspaniałego Robina Williamsa zachwyca najbardziej. Scena pożegnania wyzwala we mnie rozpacz porównywalną chyba tylko z odczuciami samych bohaterów.

2)      „Always”

Alan Rickman w roli potterowskiego czarnego (jak się wydawało) charakteru niezaprzeczalnie intrygował. Kiedy jednak prawdziwa historia Snape’a wyszła na jaw, stał się on postacią powszechnie kochaną i opłakiwaną. Także śmierć samego Alana Rickmana przyjęto z powszechną rozpacza. Człowiek, który wykreował taką postać, nie mógł odejść niezauważony.

3)      Carl i Ellie

Jak przystało na animację Pixara, „Odlot” nie służy głównie rozrywce. Film, choć później przeradza się w przygodówkę, przez pierwsze minuty opowiada wzruszającą historię Carla i Ellie, którzy najpierw jako dzieci wspólnie się bawią i marzą o podróżach, a w dorosłym życiu zostają małżeństwem i wspólnie przeżywają wiele trosk. Dalszej historii mogłoby już nie być.

4)      „Jeszcze jedną osobę”

„Lista Schindlera” jest jednym z tych ważnych, ciężkich filmów, które każdy powinien zobaczyć. Końcowe sceny ze skrzypcowym akompaniamentem i niesamowitą grą Liama Neesona są tak przejmujące, że tylko kamień nie tonąłby we łzach.

5)      „Być bliżej Ciebie chcę…”

To nic nowego, że na „Titanicu” pochlipują wszyscy, nawet ci, którzy szczerze nienawidzą tego filmu. Mnie jednak bardziej od nieszczęśliwej miłości Leo i Kate/Jacka i Rose wzrusza moment, kiedy orkiestra zaczyna grać utwór „Nearer, my God, to Thee”, znany u nas jako „Być bliżej Ciebie chcę”.

6)      „Cześć, tatusiu”

Los George’a Junga przedstawiony w biograficznym „Blow” po wielu zawirowaniach jest ostatecznie po prostu przejmująco smutny, a jego miłość do córeczki ukazana zwłaszcza w końcowej scenie chwyta za serce.

7)      Szara Przystań

Pożegnanie hobbitów wieńczące trylogię „Władca pierścieni” zawsze oglądam pociągając nosem – przywiązanie bohaterów widać gołym okiem, a ich emocje zostały tak pięknie zagrane. I jak tu nie płakać razem z nimi?

8)      „Tato, no chodźmy!”

No dobra, na Disney’u też beczę. W przypadku „Króla lwa” niemałą rolę odgrywa muzyka Hansa Zimmera, ale śmierć Mufasy jest brutalnym testem dla moich gruczołów łzowych. Pocieszający może być fakt, że nie tylko dla moich.

Oczywiście moje filmowe szlochy nie kończą się na tych ośmiu scenach, ale to już całkiem inna sprawa…

Opublikowano Filmy, Zestawienia | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Aż chce się ich słuchać – One Voice Children’s Choir

One Voice Children’s Choir jest dziecięcym chórem z Utah. Liczy około 140 członków w wieku od 4 do 17 lat, którzy pod batutą dyrygenta Masy Fukuda śpiewają naprawdę pięknie. Fukuda jest także aranżerem przygotowującym fantastyczne opracowania utworów dla swoich podopiecznych. Chór koncertuje w Stanach, jest laureatem kilku ważnych nagród, a ich sztandarowe wykonanie, czyli piosenka „Let it go” przekroczyła na Youtubie 80 milionów wyświetleń. To już jest coś, prawda?

Poniżej jak zwykle lista przebojów – popatrzcie, jak te dzieci to cieszy!

Opublikowano Wygrzebane na Youtubie | Otagowano , , , | Skomentuj

Słaby film – francuska „Piękna i bestia”

Dawno temu żył kupiec, który miał trzy corki i trzech synów, najbardziej jednak kochał swoją najmłodszą pociechę – Bellę. Wracając z podróży w ogrodzie napotkanego zamku na prośbę córki zerwał dla niej różę. Wtedy właściciel zamku o wyglądzie rogatej bestii postawił mu ultimatum: „Życie za różę”. Bella postanowiła zająć miejsce ojca i zamieszkała w domu bestii, codziennie wieczorem stawiając się na kolację i czekając na śmierć z ręki potwora. Nie przewidziała jednak, że jej okrutny gospodarz się w niej zakocha.

Disneyowska animacja należy do moich ukochanych i już nie mogę się doczekać aktorskiej wersji, która pojawi się w kinach w przyszłym roku, więc bardzo ucieszyła się z faktu, że ta baśń została niedawno ponownie zekranizowana. Mam na myśli francuską wersję z 2014 roku, która bardziej nawiązuje do baśni niż do Disneya, a przez to jest znacznie mroczniejsza.

Ten film zdecydowanie miał duży potencjał, ale wysiłki  twórców poszły w stronę efektów specjalnych, przez co zaniedbano inne rzeczy. Spotkało mnie przykre rozczarowanie – komputerowa obróbka w którymś momencie wzięła górę nad historią, która zaczęła się sypać. Obecność sióstr Belli odbierała widzowi przekonanie, że jest traktowany poważnie. Nie spodobała mi się też sama Bella okrutnie wyśmiewająca się z bestii. Naciągany był również sposób, w jaki dziewczyna poznała historię potwora, a kiedy miała wreszcie zacząć odwzajemniać jego uczucia – na ekranie zabrakło chemii. Zawiodła nawet (a może zwłaszcza) obsada. Lea Seydoux, która w roli dziewczyny Bonda w „Spectre” według mnie się sprawdziła, tutaj była sztywna i beznamiętna. Vincent Cassel jako książę-bestia może i był trochę lepszy, ale nie budził sympatii i zdecydowanie miał za dużo lat na tę rolę. Gdy do tego dodamy jeszcze chłodną narrację zza kadru, „Piękną i bestię” można określić jedynie jako słaby film. A szkoda, bo to mogło być świetne.

Opublikowano Filmy | Otagowano , , | Skomentuj

I wszystko jasne – „Władca Pierścieni” wersja rozszerzona

„Władcę Pierścieni” przeczytały rzesze fanów fantastyki i obejrzały chmary widzów z całego świata. I choć znam kilka osób, które nie potrafią wytrzymać do końca filmu, osobiście jestem miłośniczką ekranizacji całej trylogii, a powieść przeczytałam z przyjemnością.

Fabułę kojarzy prawie każdy: hobbit Frodo zostaje wyrwany z domowych pieleszy, aby zniszczyć Pierścień, który okazuje się być przedmiotem pożądania połowy Śródziemia. W pełnej trudów i niebezpieczeństw wyprawie pomagają mu wierny sługa Sam, psotnicy Merry i Pippin, mądry czarodziej Gandalf, elf Legolas, krasnolud Gimli, syn namiestnika Boromir i dziedzic tronu Aragorn, a także wielu innych. Po rozpadzie Drużyny jej członkowie, każdy na swój sposób, walczą przeciwko złu w wojnie ogarniającej całe Śródziemie. Wtedy właśnie „Władca Pierścieni” staje się epickim dziełem zrealizowanym z niezwykłym rozmachem.

Filmy Petera Jacksona powstały  w czasach, kiedy szanował on jeszcze Tolkiena, nie wpychał do jego prozy na siłę trójkątów miłosnych i nie łamał nagminnie praw fizyki. Są to więc ekranizacje dość wierne, starannie nakręcone i dogłaskane, ze świetną obsadą, której wymienienie zajęłoby osobny wpis (może kiedyś?). Największą wadą było to, że wiele wątków najzwyczajniej w świecie nie zmieściło się w filmach, a mimo to ekranizacje miały po dwie, trzy godziny każda.

Ale mi i tak było mało Śródziemia. Korzystając z kilku wolnych dni obejrzałam więc wreszcie wersję rozszerzoną – tu dla odmiany każda część trwała mniej więcej cztery godziny… Co prawda obejrzenie „Władcy Pierścieni” w takiej konfiguracji zajęło mi tydzień, ale tutaj nareszcie moim oczom ukazała się całkowita i dopełniona ekranizacja prozy Tolkiena! W porównaniu z wersją podstawową uzupełniono wszystko, co dla tolkienowskiego laika mogło być niezrozumiałe, twórcy zadbali też o kilka zabawnych scen, na przykład rozczulający dla mnie był Frodo, który wychodzi z Rivendell i pyta „Do Mordoru w prawo czy w lewo?”. Ale w pełni usatysfakcjonowało mnie dopiero te kilka scen przybliżających widzowi losy Faramira i Eowiny. Ilu widzów, którzy nie czytali książek, wiedziało, że tych dwoje połączy piękne uczucie (pisząc „piękne” mam na myśli „lepsze niż Aragorna i Arweny”)? A kto wiedział, jak Faramira naprawdę traktował ojciec i jakie relacje łączyły go z bratem? Od teraz wersja podstawowa już zawsze będzie mi się wydawała niepełna – usunięto tyle pięknych, wzruszających lub zabawnych scen!

Tak sobie myślę, że ci, którzy nie mogą zdzierżyć filmów, paradoksalnie powinni zobaczyć wersję rozszerzoną – nie wiem co prawda, czy by nie posnęli, ale gdyby dało się ją jakoś zamknąć w pigułce niczego jej nie pozbawiając, może nawet moi przyjaciele by się zachwycili. A jest czym – aktorzy, muzyka, widoczki z Nowej Zelandii – toż to uczta dla oka i ucha! Kto jeszcze nie widział – koniecznie, a kto ma dużo cierpliwości albo jak ja namiętnie kocha wersję podstawową – poszerzamy horyzonty i robimy tygodniowy maraton wersji rozszerzonej!

Opublikowano Filmy | Otagowano , , , | Skomentuj

Szekspir w grobie się przewraca – „Dziewczyna jak ocet” Anne Tyler

Kate Battista ma 29 lat, pracuje w przedszkolu, prowadzi dom i sprawuje pieczę nad nastoletnią siostrą i ojcem-naukowcem. Sprawy sercowe odsunęła od siebie tak daleko, jak tylko się da i prawdopodobnie ten stan nigdy by się nie zmienił, gdyby ojciec nie przyprowadził do domu swojego asystenta Piotra Szczerbakowa. Okazuje się, że doktor Battista chce koniecznie zeswatać z nim swoją starszą córkę, aby Piotrowi przedłużono wizę. Piotr jest osobnikiem inteligentnym, ale ograniczonym przez barierę językową, co początkowo niezwykle drażni Kate. Z czasem jednak ulega namowom ojca i zgadza się wyjść za Piotra.

Z okazji 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira rok 2016 ustanowiono właśnie jego rokiem, a w ramach obchodów powstał Projekt Szekspir: znani pisarze inspirując się dziełami genialnego dramaturga napisali własne powieści osadzone we współczesnych realiach. Tak właśnie powstała „Dziewczyna jak ocet” bazująca na „Poskromieniu złośnicy”.

Jak widać fabuła szczątkowo opiera się na szekspirowskiej komedii – może to i lepiej, skoro to najbardziej seksistowskie dzieło, jakie wyszło spod pióra dramaturga. Postaciom brakuje jednak ikry. Siostra Kate jest głupiutką nastolatką, a ojciec wpisuje się w archetypy roztargnionego naukowca. Piotr jest najbardziej niezrównoważoną postacią – waha się od skrajości w skrajność, na ogół jest spokojny i onieśmielony, ale w sytuacjach krytycznych jest tak grubiański i gwałtowny, że aż trudno uwierzyć, że to ta sama postać. Połączenie postaci zwyczajnego faceta i zagubionego obcokrajowca kaleczącego język jest trudnym zadaniem – po prostu przerosło ono autorkę. Chwała Bogu przynajmniej główna bohaterka jej się w miarę udała, choć dwie zasadnicze kwestie bardzo mi się nie podobają – po pierwsze motywy Kate co do małżeństwa wydają się mi jako czytelnikowi za słabe, a po drugie Kate była nie tyle błyskotliwą kobietą o ciętym języku, ile osobą sfrustrowaną, samotną i pochłoniętą przez rutynę.

Trochę szkoda mi tej książki, bo „Poskromienie złośnicy” przerobione przez kobietę miało szansę stać się lekturą dowcipną i błyskotliwą. Zamiast tego powstało słabawe czytadełko sygnowane dużym nazwiskiem wbrew jego posiadaczowi. Oby następne książki z Projektu Szekspir były lepsze.

Opublikowano Do czytania | Otagowano , , , | Skomentuj

Rubik wciąż dobry – oratoria „Pieśni szczęścia” i „Z powodu mojego imienia”

 

 

 

 

 

 

 

Nie muszę pisać, że od przedszkola darzę Piotra Rubika sporym sentymentem. Wtedy był moją pierwszą muzyczną miłością skrzętnie podsycana prze Mamę, która była zadowolona, że jej dziecko nie inspiruje się Dodą czy inną Mandaryną. Potem miałam przerwę, aż wreszcie zaczęłam oprócz muzyki rozumieć też teksty.

W tym samym czasie Rubik ewoluował , nie odpłynął jednak zbyt daleko od swoich podstawowych założeń: bogatej muzyki na orkiestrę, chóru i mądrych tekstów Zbigniewa Książka. Tak też jest w przypadku dwóch najnowszych oratoriów: „Pieśni szczęścia” z zeszłego roku i tegorocznego „Z powodu mojego imienia” poświęconego prześladowanym za wiarę. Już po pierwszych dźwiękach uwertur słychać, że Rubik Rubikiem był, jest i pozostanie.

Jedyną kwestią, która niestety dosyć skutecznie psuje efekt, są soliści. I o ile panie są bardzo dobre – zwłaszcza młodziutka Olivia Wieczorek zachwyca dojrzałą barwą głosu – panowie, może z wyjątkiem Michała Bogdanowicza,  zawodzą. Szczególnym rozczarowaniem jest dla mnie Marcin Januszkiewicz, któremu momentami po prostu brakuje tchu i głosu choć wykonuje przepiękne piosenki (w playliście poniżej znajdziecie m. in. „Uśmiechem Dni Ozdobić” – utwór tyleż urokliwy, co przerastający wokalistę). Z rozrzewnieniem wspominam Janusza Radka, Macieja Miecznikowskiego czy chociażby Grzegorza Wilka, którzy mogą pochwalić się zarówno osobowością, jak głosem, a w oratoriach Rubika po prostu rozkwitali. Wokaliści „Pieśni szczęścia” i „Z powodu mojego imienia” niestety nie dorastają im do pięt. Marzę, żeby kiedyś usłyszeć najnowsze oratoria w wykonaniu starej ekipy – wtedy byłyby bezbłędne.

Opublikowano Moja ulubiona muzyka | Otagowano , , , | Skomentuj